dr ANDRZEJ BRYL

– absolwent socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego – obrona doktoratu o osobowości wielkomiejskiej młodzieży,



– absolwent filozofii Uniwersytetu Łomonosowa w Moskwie,
– absolwent i wykładowca wrocławskiej Akademii Wychowania Fizycznego,
– absolwent i stypendysta Kanadyjskiego Instytutu Taekwondo,
– osobisty uczeń gen. Choi Hong Hi – twórcy taekwondo, oraz mistrzów Choi Jung Hwa VII dan i Park Jung Tae VII dan,
– mistrz taekwondo ITF: obecnie IV dan (I dan w 1979 po egzaminie złożonym przed gen. Choi Hong Hi w Toronto; pierwszy mistrz z Europy Wschodniej),
– współtwórca Polskiej Organizacji Taekwondo i jej wieloletni prezes do spraw szkoleniowych,
– wychowawca wybitnych zawodników i trenerów, m.in. Witolda Przywary, Piotra Szymanowskiego (wielokrotny mistrz Polski, dwukrotny Mistrz Europy i Mistrz świata TKD), Sławomira Dydiszki (trener reprezentacji Szwecji, były trener narodowej kadry Bułgarii w TKD), Jana Adamusika (instruktor policyjnych oddziałów AT),
– autor dwóch podręczników: Taekwondo: Koreańska sztuka samoobrony, Wrocław 1990 (wraz z Choi Jung Hwa, opracowany na zlecenie ITF), oraz Skuteczna samoobrona, Wrocław 1991,
– twórca BAS-3, profesjonalnego systemu walki w kontakcie bezpośrednim dla wojskowych grup specjalnego przeznaczenia i policyjnych oddziałów AT.
– twórca i założyciel Centrum Szkolenia Specjalnego – pierwszego w kraju prywatnego ośrodka kształcenia uzbrojonych służb ochrony.
– mistrz kalaki – filipińskiego systemu walki pałkami, bronią białą i wręcz; jeden z liderów International Combat Kalaki Arcanis Association,
– globtroter i szkoleniowiec, który zostawił za sobą Azję, Amerykę Północną i Europę.
– założyciel European Security Academy

Na podstawie rozmowy z dr Andrzejem Brylem
16.04.1997, Wrocław
Wywiad i opracowanie: Artur Kawiński
Fot. Aleksander Rawski, dr Andrzej Bryl

Na początku było moje małe miasteczko rodzinne – Słubice. I duży kompleks młodego człowieka, który się naczytał Curwooda, Londona. I łut szczęścia, bo na dobrego nauczyciela albo się trafia, albo nie. Wielu ludzi nie dochodzi do celu, ponieważ nie mają nauczyciela w pierwszym okresie swojego rozwoju, który jest najważniejszy. A potem – samozaparcie. Wola osiągnięcia sukcesu, wydostania się z małego miasteczka, wyjścia poza przeciętność. Marzenia każdego młodego człowieka, zwłaszcza z prowincji.

Ćwicząc vietvodao zaraziłem się walką. Wcześniej zajmowałem się bardzo intensywnie sportem: lekką atletyką, grami zespołowymi, trochę kulturystyką. Natomiast vietvodao zaraził mnie człowiek, który do Polski przyjechał uczyć się zawodu po wojnie wietnamskiej. Zaraził mnie walką – to nie było trudne, bo było to wtedy tak egzotyczne, jak… białe niedźwiedzie. Mieć za trenera prawdziwego Azjatę – tylko z tego jednego powodu można było nie spać nocami i ćwiczyć.
Potem trafiłem na mądrego człowieka. Kiedy ja zacząłem się interesować sportami walki, jedynym instruktorem, który liczył się w tej kategorii walki, która mnie interesowała, a więc w kontakcie bezpośrednim, był Andrzej Drewniak. Był okres, kiedy byłem związany z kyokushinkai i muszę powiedzieć, że bardzo wysoko ten styl oceniam – jako szkołę życia.

Bryl jest w swoim żywiole. Autorytet i pozycję zdobywa się tu siłą pięści, a nie zawiłymi i mętnymi rozważaniami o harmonii ciała i umysłu. Ten styl uczy również, jak zwalczać strach i zaakceptować ból. Nic więcej go nie interesuje, niczego więcej nie potrzebuje.

  • Jacek Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 18

Uważam, że jest to dobry, twardy styl. Dzisiaj może powiedziałbym: bezmyślny, w wersji sportowej zbyt brutalny, zbyt bezpośredni. Ale pod względem kształtowania charakteru młodego człowieka był to w tamtych czasach – bo ja nie wiem, jak to teraz wygląda – był to styl, który uczył życia. I ta twardość jednym imponowała, drugim mniej. Mnie imponowała – i dlatego chylę czoła przed Andrzejem Drewniakiem, bo on był również osobowością. Był wtedy – bo funkcjonowanie w strukturach publicznych człowieka deprawuje.

Chce się, żeby osobowość wzoru była niepokalana – a gdy ktoś wali po ryjach, to trudno, żeby miał naturę świętoszka. Ale ja pamiętam Andrzeja Drewniaka jako człowieka nietuzinkowego. I nie powiem o nim złego słowa, ponieważ wypuścił całą armię fajnych, twardych, normalnych chłopaków. Znam ich – są w szkołach policyjnych, w jednostkach specjalnych. To chłopcy, którzy nie są małostkowi. Tak więc, z wszystkimi wadami i zaletami, przygodę z kyokushinkai bardzo pozytywnie dziś postrzegam.
Poza tym niewielu ludziom los dał w latach 70., tak jak mnie, możliwość wyrwania się w świat. A wśród tych, którym dał, niewielu było takich jak ja świrów, pozbawionych wyobraźni a pełnych marzeń, którzy by się tak rzucili w wir życia.

Już w Trapanii, sycylijskim porcie, z którego promem mieli przedostać się do Tunisu, zaczęło się ostro. (…) Zrozumiał natychmiast – dziewczyna na wabia i jego przyjaciel w roli jelenia do oskubania. Pobiegł do bramy i dobiegając usłyszał głuchy łoskot. Powalony przez Maksa Włoch nie dawał znaku życia, ale dwaj pozostali mieli już w rękach noże. Zaatakował tego, który stał bliżej. Po kopnięciu w klatkę piersiową i uderzeniu kolanem w twarz, Sycylijczyk sflaczał w ułamku sekundy, ale noża nie wypuścił. Bryl brutalnie wszedł pod uzbrojone ramię i wyłamał napastnikowi bark. Włoch trzymał jednak nóż tak mocno, że przy upadku rozpłatał sobie udo. Krew trysnęła na pochylonego Bryla. Maksa jakby sparaliżowało. Patrząc wielkimi oczami na zakrwawionego przyjaciela wymamrotał z trudem: „Wyglądasz jak rzeźnik!” To właśnie w tej bramie w Trapanii narodziło się przezwisko, którego Bryl wyjątkowo nie lubi, mimo, że przylgnęło do niego na stałe.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 8

Inni jeździli tam na wycieczki, ja walczyłem o przetrwanie. Tak w Afryce, jak w Europie Zachodniej, starałem się być sobą, walczyłem o swoje miejsce. Byłem wariatem, nie w sensie choroby psychicznej, tylko człowiekiem bez wyobraźni. Na Saharze szukałem kobry, którą koniecznie chciałem przywieźć wypchaną. Ale przede wszystkim szukałem przygód – jak każdy młody człowiek.

Andrzej Bryl na ulicy w Tunisie...

Włócząc się po podejrzanych spelunkach i zaułkach starej dzielnicy arabskiej Tunisu, zaczął zarabiać na knajpianych zakładach. Z miejscowymi zabijakami umawiał się na zasadzie „jeden na trzy”. Znaczyło to, że przeciwnik mógł uderzyć trzy razy pod rząd, a on, jeśli nie padnie, mógł oddać tylko raz. Okładali go niemiłosiernie: w żebra, żołądek, wątrobę i z otwartej ręki w twarz. Przetrzymał ich wszystkich i nie pamięta, żeby choć jeden ustał na nogach.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 12

To wszystko zorientowane było na służbę w Legii Cudzoziemskiej. Bo teraz już tak nie jest, ale w moim wieku marzyło się o tym.
Nie zostałem legionistą, bo w zraziło mnie towarzystwo świrów, zwyczajnych dewiantów – Włochów, z którymi jechałem, żeby się zaciągnąć. Moi rodzice byli nauczycielami w małym miasteczku. No to jak ja mogłem być wychowany? A tu nagle zupełne świry, ileś tam lat temu – w sensie seksualnym, wygląd… Ja mogłem tylko ich zbić, na to mnie było stać. Ale nie potrafiłem ich zrozumieć.

Doskoczył do tego z tatuażem ośmiornicy na nagiej czaszce i uderzył. Włoch próbował kontrować, ale zachwiał się tylko i zaczął tańczyć po całym pokładzie – normalna reakcja po ciosie w błędnik. Bryl przerwał te podrygi potężnym kopnięciem po którym napastnik cicho jęknął i padł twarzą na pokład.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 9

Poza tym człowiekowi się wydaje, że będzie ginął godnie. A mnie mój przyjaciel, który był wtedy kapitanem w Legii Cudzoziemskiej, teraz już pułkownik, przekonał, że legioniści umierają najczęściej na syfilis, od ukąszeń i przez przypadek. To były czasy Namibii i Konga – zrozumiałem, że biali zostają, dopóki ich nie pochowają. Czarni natomiast raz są biali, a raz czerwoni.
Nie zostałem więc legionistą. Za to zatrudniłem się jako cywilny instruktor Military Service w jednej z baz na Saharze Zachodniej. Ale też nie od razu, bo wpierw chciałem się wzbogacić przemycając w krajach muzułmańskich whisky. Policja nas zgarnęła przy nie skończonym pierwszym kartonie – po prostu głupota i brak wyobraźni.



„Anaba” tu mój europejski paszport dawał niezły parasol – mogłem kursować w obie strony przez granicę (…) i zajmować się przemytem. Na przykład pieniędzy. Jeden facet dał mi 10. 000 franków do przeniesienia przez granicę. Przeniosę – odpali. Przeniosłem, facet po drugiej stronie postawił mi colę. Pełna kultura. I żebym mu oddał pieniądze. Oddałem, a on wyciągnął pistolet i powiedział, żebym spieprzał, bo mi odstrzeli dekiel. Żeby mi bąbelki z coli szybciej wyparowały(…). Następny cwaniak zawierzył mi 14. 000 franków i został z… puszką piwa. Ale nie mógł go wypić, bo bolały go zęby. A bolały go, bo najpierw sypnąłem mu kopa w dynię, potem odebrałem „kosę”, którą na mnie wyciągnął, a w całym tym zamieszaniu nie miałem głowy do liczenia pieniędzy.

  • Andrzej Bryl w: Superkomandos 1992, nr 12/13

Ale ja się cieszę, że to były takie pełne czasy. Miałem szczęście, że wyszedłem cało z tego wszystkiego, bo powinienem już nie żyć.

Andrzej Bryl w locie ze skały w Monastyrze.

Którejś niedzieli obudzono go o świcie. Kolejny zakład i kolejny sprawdzian odwagi. Już wcześniej słyszał o skale w nadmorskim Monastyrze; wystawała dwadzieścia metrów nad wodą. Arabowie skakali z niej wielokrotnie. Nigdy nie odważył się na to Europejczyk. Bryl miał skoczyć z wierzchołka i to w czasie rozpoczynającego się odpływu. Wspinając się na górę przypomniał sobie dziesiątki skoków, które wykonał z niemal ze wszystkich mostów (…) Żądny krwi tłum gapiów przyjmował już zakłady. Bryl wiedział, że popełnia samobójstwo. Zamknął oczy i mocno się odbił… Najpierw było uderzenie ramionami o piasek dna. Potem potworny ból: pękły wiązania obu nadgarstków.

  • Aleksander Z. Rawski, Wojownik, Żołnierz Polski, 2000, nr

Wracałem – w kraju czekały na mnie studia i przyszła żona. I człowiek, dzięki któremu zetknąłem się później z żywą legendą świata sztuk walki – generałem Choi Hong Hi. Jako instruktor kyokushin karate w Gwardii Wrocław poznałem Leonga Wai Menga -mistrza taekwondo ITF. Dziś ma VII dana i jest jednym z dyrektorów ITF. Bardzo szczególna postać. Bardzo oddany, bardzo samarytański. Dzięki niemu zafascynowałem się taekwondo, to on zarekomendował mnie swojemu nauczycielowi. Stąd pojawili się w moim życiu generał Choi Hong Hi i Park Jung Tae.
I wtedy świat się dla mnie skończył. Bo poznanie generała Choi Hong Hi to było dla mnie, dla chłopca z prowincji, mniej więcej to samo, co chwycić Pana Boga za nogi, chwycić Oyamę za kostkę… Dla judoków pewnie kiedyś kimś takim był Jigoro Kano.
Na zaproszenie generała Choi Hong Hi przyjechałem w 1979 roku do Toronto. Otrzymałem finansowane bezpośrednio przez niego stypendium Instytutu Taekwondo.

O ósmej pojawili się zawodnicy z grupy pokazowej. (…) Podeszli do niego półkolem, pozornie nie wykazując najmniejszego zainteresowania tym, co robi. Dopiero, gdy zbliżyli się na odległość trzech metrów, padła pierwsza komenda. Potem poleciało już równo – postawa, cios, upadek. Po całym dniu takiego lania, które było oficjalnym pasowaniem na studenta instytutu, Bryl musiał wyglądać okropnie. Na szczęście spod zapuchniętych powiek nie widział nawet swego odbicia (…) Dano mu do zrozumienia, że w instytucie nie ma żadnych praw i wszystko musi zaczynać od początku. Jedyną rzeczą, jaką wolno mu było robić bez pytania o pozwolenie, był trening do upadłego.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 21

Byłem wówczas jedynym Europejczykiem w instytucie, a taekwondo było jeszcze nieznane, był to okres „produkcji” misjonarzy. Koncepcja szkolenia białych misjonarzy taekwondo nie do końca się sprawdziła, więc rok po moim wyjeździe, ITF skierowała siły na Koreę Północną. I wyszkolono tam armię instruktorów. Armię pod wodzą Parka Jung Tae, która potem zalała Europę komunistyczną i postkomunistyczną.

Przełomowym momentem stała się walka Polaka z utytułowanym zawodnikiem z Tajwanu, który dotąd traktował Bryla jak wyjątkowo wytrzymały worek treningowy. Atak Chińczyka chybił, po czym zdezorientowany mistrz został zdemolowany seriami potężnych kopnięć i uderzeń. Odstępując od bezwładnie leżącego przeciwnika, Bryl miał świadomość, że wykroczenie tego kalibru oznacza koniec pobytu w instytucie. Stało się jednak inaczej. Generał Choi Hong Hi zdecydował, że wyrzucony zostanie tylko mistrz, który nie potrafił obronić swego mistrzostwa… Niedługo potem Andrzej Bryl został przeniesiony do zaawansowanej grupy prowadzonej osobiście przez Parka Jung Tae – dyrektora instytutu.

  • Artur Kawiński, Dusza wojownika, Dziennik Bałtycki, Rejsy 1997, nr 97

Był to specyficzny świat – świat, w którym mój własny nauczyciel chciał mnie zabić, Park Jung Tae. I można to skonfrontować, bo on tu często przyjeżdża. Po prostu chciał mnie zabić, bo podważyłem jego autorytet w instytucie. Bo to był taki świat – bardzo jednoznaczny. Przesadziłem – i mogłem za to zapłacić głową.
Przyjechałem do Instytutu jako w miarę wykształcony człowiek. Humanistycznie jestem ułożony, wtedy już byłem po AWF-ie. I zetknąłem się tam z człowiekiem, który był jakimś tam podoficerem w armii koreańskiej, z mistrzem Parkiem Jung Tae. Jacy są nasi podoficerowie – wiadomo. W Korei nie byli lepsi – chcę powiedzieć, że może gorsi.
A my, Polacy, jako naród jesteśmy niesforni i krnąbni. To znaczy, nie pozwolimy, jak to się mówi, żeby „Niemiec pluł nam w twarz”. I zdarzyło się tam, że Park Jung Tae, ponieważ coś źle zrobiłem, publicznie powiedział, że on mnie będzie „uczył kultury”. Że ponieważ nie potrafię się znaleźć w tym świecie, to on mnie tego nauczy. Odpowiedziałem, że kiedy w Europie kwitła cywilizacja, to w Korei jeszcze były… gałęzie.
Zostałem wyrwany na środek Instytutu. Ja byłem wtedy zupełnie niedoświadczony, byłem takim „żywcem”, chłopakiem jeszcze…
Uderzył mnie dwa razy otwartą ręką w twarz i mówi: „Walcz!”. A ja na to -„Dobra!”. Ale tak na zasadzie, że zapomniałem, kto on jest. Bo ja w tej kulturze nie żyłem. No to mówię: „Kurwa, dobra, no to chodź!”
I tak może przez minutę, przy czym przewaga fizyczna była po mojej stronie, więc nie skończyło się to natychmiast. Po minucie, czy półtorej takiego braku skuteczności, Park Jung Tae wykonał taką technikę obrotową, że jak przeszła obok mojej głowy, to uświadomiłem sobie, że on chce mnie zabić. Że to jest dla mnie.. po prostu koniec! Dotarło do mnie. I podniosłem ręce, i poddałem się, bo pomyślałem, że nie chcę umierać w takich okolicznościach. To doświadczenie pozwoliło mi coś zrozumieć.
I w innej sytuacji ja darowałem swojemu nauczycielowi życie i autorytet, ponieważ poniosła go megalomania.

Uciskając tętnicę szyjną i krtań Parka Bryl czuł, jak z człowieka, który jeszcze przed chwila był mitem, powoli uchodzi życie: upiorna twarz z wyrazem bezsilności, język na wierzchu, coraz bardziej słabnące tętno.- Do diabła – pomyślał nagle – przecież on zaraz odjedzie. Zwolnił szybko uścisk i pozwolił Parkowi wyjść z twarzą , zachować honor, który tak bardzo cenił.
Nikomu potem nie dał już takiej szansy.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 24

On wówczas musiałby się poddać. Ja odpuściłem, on zrozumiał – i od tej pory Park Jung Tae jest moim wielkim przyjacielem. Kiedy przyjeżdża do Polski, to mimo, że nie utrzymuję z nim stałych kontaktów, on, za każdym razem kiedy jest we Wrocławiu, przyjeżdża do mnie przywitać się i porozmawiać.

Kilka razy chciał pakować walizki i wracać. Przetrwał dzięki pomocy mistrza Choi Jung Hwa – syna Generała Choi Hong Hi, który (…) często zabierał Bryla do domu Generała i tam (…) cierpliwie tłumaczył istotę taekwondo. – Bądź sobą, nikogo nie naśladuj – mówił. – Tu każdy przechodzi przez to samo, ale nie każdy zajdzie tak wysoko jak ty. Musisz więcej ćwiczyć, a będziesz straszny, bardzo straszny.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 22

Tak więc pobyt w kanadyjskim Instytucie Taekwondo straszliwie mnie zahartował. Straszliwie. Nie przeżyłbym tego jeszcze raz i nie zgodziłbym się jeszcze raz na coś takiego. Przetrwanie tam pozwoliło mi odnaleźć dystans do wszystkiego, co dzieje się tutaj.

Gen. Choi Hong Hi z dr Brylem.

„Chciałbym szczególnie podziękować mojemu polskiemu synowi Andrzejowi Brylowi, który będąc w Kanadzie moim uczniem, jako pierwszy Polak uzyskał stopień mistrzowski i w swojej późniejszej działalności nigdy nie zawiódł. Droga życia takich ludzi jak Andrzej Bryl dowodzi, że taekwondo może stać się prawdziwym źródłem autokreacji.”

  • Generał Choi Hong Hi, wstęp do: Choi Jung Hwa, Andrzej Bryl, Taekwondo. Koreańska sztuka samoobrony, Wrocław 1990.

Po powrocie z Kanady mój świat się załamał. Dla mnie ważniejsza od formy była zawsze treść moich aktywności. Dla mnie ważne było spotkanie z generałem Choi Hong Hi, twórcą systemu. Tak jak kiedy indziej spotkanie z J.P. Sartrem, którego filozofii jestem do dziś gorącym zwolennikiem. To stanowiło spełnienie. A więc dotknąłem -spełniło się.

Po powrocie do kraju Bryl próbował zachęcić liderów większych ośrodków taekwondo do tego, by pozostali wierni tradycji i ograniczyli do minimum rywalizację sportową. – Mistrz taekwondo jest przede wszystkim ekspertem walk Wschodu, którego w żadnym przypadku nie mogą ograniczać przepisy sportowe – mówił na pierwszych zebraniach Polskiej Organizacji Taekwondo. – Nie będziemy rezygnowali z wyczynu sportowego, który zapewnia nam stabilną pozycję i stwarza możliwość atrakcyjnych wyjazdów zagranicznych – odpowiadali zgodnym chórem wszyscy liderzy.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 25

Ponieważ w Kanadzie uczyli mnie instruktorzy wojskowi, bo mistrz Choi Hong Hi jest przecież generałem armii, szkolenie było tam prowadzone pod innym kątem. A tutaj, do Europy, taekwondo zaczęło trafiać jako sport. A sportu, jeżeli chodzi o walkę w kontakcie bezpośrednim, nie byłem w stanie zrozumieć, ani się z nim identyfikować. Mnie to nie odpowiadało, bo konfrontacja traciła swoją wymierność.

W końcu jednak liderzy najsilniejszego wówczas ośrodka w Lublinie postanowili przywołać go do porządku (…) przysyłając do Wrocławia swego najlepszego fightera, Jerzego Skwirę (II dan). Panowała opinia, że Skwira to prawdziwy morderca. (…) W czasie rozgrzewki (…), niemal z biegu, Bryl kopnął obrotówkę w wiszący przy drabinkach worek. Kopnięcie nie było silne, ale nadwerężone już szczebelki pękły z wielkim hukiem. W tym momencie Skwira sflaczał, a jego rozgrzewka zaczęła przypominać konwulsje. Do ataku ruszył zupełnie odkryty. (…) Zastopowany potężnym „kujawiakiem” poddał się i z podbitym okiem wrócił do domu.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 26

Dopóki mogłem „produkować” ludzi, którzy wygrywali, liczyła się odpowiedź na proste pytanie: „kto stoi, kto leży?”. Akceptowałem taki stan rzeczy, bo to było wymierne. Kontakt był silniejszy, przepisy bardziej liberalne, dopuszczały walkę bezpośrednią – mówię tu o Piotrku Szymanowskim, Witku Przywarze – to tak.

„Szkoliłem ich w duchu pragmatyki walki. Uczyli się tylko tych technik, które najlepiej czuli, uczyli się technik prostych, bo tylko takie są skuteczne, uczyli się technik, które miały być poza zasięgiem innych. Piotr, który od początku był numerem 1 w tej grupie, przez cały czas ćwiczył prostą kombinację: kopnięcie okrężne i prawy prosty (…) na każdym treningu setki razy, aż do perfekcji opanował jej stereotyp ruchowy. Ta właśnie kombinacja była poza zasięgiem innych. Poza zasięgiem Józefa Warchoła, znakomitego karateki i kickboxera, którego Piotr trzykrotnie pokonał w wolnej walce i poza zasięgiem całej kadry narodowej Bułgarii w taekwondo, którą jako mój asystent rozgromił w mgnieniu oka. (…) Gdy Piotr po wielu sukcesach w kraju i w Europie zdobył w cuglach mistrzostwo świata w kategorii ponad 80 kg, nie miałem już najmniejszych wątpliwości, że to, co robię, jest dobre.”

  • A. Bryl w: J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 27-28

A dzisiaj jest to po prostu walka sportowa, taka sama jak szachy, czy warcaby.
I dla mnie aprobata dla takiej sytuacji oznaczałoby utratę tożsamości. Ja czułem się ustawiany bardzo jednoznacznie – to znaczy: życie i śmierć. Dzisiaj nikt już w takich kategoriach nie wartościuje, bo byłoby to po prostu śmieszne.
Tyle, że mistrz, który nie jest w stanie obronić swojego mistrzostwa, staje się bezzębnym ratlerkiem: może głośno szczekać, ale nie emanuje od niego siła stanowienia. To jest podejście może archaiczne, ale ja to kochałem! Prawdziwość – to znaczy ból połamanych rąk, radość zwycięstwa, gorycz porażki. A porażkę odczuwało się chociażby z powodu połamanych żeber – coś się działo! My nie wiedzieliśmy wtedy co to są protektory – gołe pięści, gołe nogi, jakaś tam maska i heja!… To było może barbarzyńskie, może dzikie, ale taki był wtedy świat. To były czasy bardzo jednoznaczne -albo ja, albo ty. Nie było miejsca na konformizm. My byliśmy chyba bardziej prymitywni. Dziś świat jest taki „ą, ę”, w białych rękawiczkach; jakieś związki, jakieś roszady, jacyś działacze. A tam tego nie było. Ten był działaczem, kto miał… „kujawiaka”! I wtedy wszystko było jasne – ten rządzi, kogo się boją.

„Niepotrzebni są mistrzowie ze skośnymi oczami, nie ma czegoś takiego jak filozofia wschodnich sztuk walki. Jest tylko prosty kodeks etyczny, oparty na bezwzględnym posłuszeństwie i lojalności i trening do upadłego.”

  • A. Bryl w: J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 28

A potem moja generacja odeszła, a przyszli nowi ludzie. Subtelni, wrażliwi, którzy zajmowali się raczej stylistyką ruchu, niż jego treścią. Dziś złamany paznokieć, zbita ręka jest już powodem do frustracji, do przerwania treningu. Oni dzisiaj traktują to jako flirt, nie sposób życia. . Nie chcę powiedzieć, że są lepsi, czy gorsi. Oni są po prostu inni, bardziej wysublimowani. Jest to czas ludzi słabych. Bez zasad. Może właśnie dzięki temu są to ludzie sukcesu? Elastyczni, spolegliwi. Ja przestałem odnajdywać się w tym układzie – czasy mnie przerosły.

„Katował nas bez litości, zmuszał do maksymalnego wysiłku fizycznego i psychicznego. nie było takiego treningu, żeby któregoś z chłopaków nie trzeba było znosić do szatni na plecach. Wypruwaliśmy z siebie żyły, a on ciągle był niezadowolony.”

  • Jan Adamusik (były szef wyszkolenia wrocławskiej kompanii AT) w: J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 25

Dzisiejsi liderzy nie mają już nic wspólnego z autorytetem. Teraz noszą V., VI. dany ludzie, którzy by sobie ze średnim chłopakiem z ulicy nie poradzili. Dzisiaj posiadacz IV. dana jest mistrzem od pokazywania jakichś tam form palcami – i on nie jest od walki. Boleję, że ten świat tak skarłowaciał. Czarodziejów i sztukmistrzów na kiju porobiły się takie ilości, że szczerze mówiąc nie miałbym sił, żeby krzyknąć, że jeszcze tam jestem… 1500 styli, 1850 mistrzów. I co jeden to większy, co jeden to znaczniejszy. Tak, że się w tym wszystkim pogubiłem. Pamiętam ludzi, którzy w moich kategoriach mieścili się w pudełku od zapałek. Dzisiaj są to ludzie, którzy układają piramidy. Rozumiem, że to wszystko powinno iść taką drogą, że to jest sport, i tak dalej. Ale mnie uczono, że tytuł mistrza zobowiązuje. Byliśmy ideowi, w moim świecie rządziła wręcz samurajska ideologia. I on był dla mnie prawdziwy.

„Po roku takiej obróbki pojechaliśmy na obóz. Myślę, że żaden z nas nie pojechałby, gdyby wiedział co go czeka. Bryl docierał na okrągło, przez 24 godziny na dobę. Spaliśmy w namiotach, bez wyżywienia. Jeśli ktoś chciał zjeść obiad, to musiał biec ponad pięć km do najbliższego miasteczka, zjeść coś i wrócić w wyznaczonym czasie. Często tylko po to, żeby dowiedzieć się, że ma biec dalej, bo trening odbędzie się na polanie kilkanaście metrów od obozu. (…) Po kilku dniach zostało czterech [karateków – gości], tych z najwyższymi stopniami. Jeden z nich był naprawdę niezły. Kiedy trafił, to bebechy podchodziły do gardła. (…) Bryl polecił mu, by uderzył go z całej siły pięścią w klatkę piersiową technika tsuki, tak jak to robi łamiąc deski. (…) Facet walnął jak młotem. Mnie po takim uderzeniu trzeba by było chyba zdrapywać z pobliskiego drzewa, ale Bryl ani drgnął. Wyszczerzył złowieszczo zęby w uśmiechu i powiedział: Powtórz mocniej, bo jak nie, to ja cię uderzę! Facet powtórzył więc, ale znowu nic, żadnej reakcji. Po trzecim ciosie załamał się i opuścił ręce.
Jakiś czas potem Bryl przyznał się nam, że już po pierwszym ciosie tego karateki pękły mu trzy żebra. Dokładnie pamiętam, że wtedy na jego twarzy nie drgnął choćby jeden mięsień.”

  • J. Adamusik w: J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 25

Moje pierwsze doświadczenia z polskim wojskiem – to był rok 1982, byłem jeszcze wtedy na uczelni, a mój bojowy system walki BAS-3 miał być przekazany dla armii. To dawna historia. To była stracona szansa, której najbardziej żałuję. Chłopcy z jednostek specjalnych nie dostali narzędzia, dzięki któremu mogliby być lepsi. No, ale co tam generałom jakiś cywil mógł zrobić… „A jaki ma pan stopień?” – „Szeregowy” – „A, to odmeldujcie się”. I tak to było.

Generałom zaparło dech z wrażenia – prezentacja przypominała krwawą jatkę. Ich werdykt brzmiał: „System walki BAS-3 jest zbyt brutalny! Trzeba to zamknąć w sejfie i trzymać na wypadek wojny!”

  • A. Z. Rawski, Wojownik, Żołnierz Polski, 2000, nr

Pamiętam, że wtedy za wdrożenie tego systemu i jego opracowanie, to śmieszne, chciałem talon na skodę albo Złoty Krzyż Zasługi. Taki im wtedy warunek przedstawiłem. To mi powiedzieli, że o talonie to mogę zapomnieć, a z odznaczeń, takich blaszanych, to mi mogą dać tylko brązowy medal…

Bryl zaczął szkolić wrocławską kompanię antyterrorystyczną. Stworzony przez niego bojowy system walki BAS-3 stał się dla nich wyzwaniem. Wszystko tu było prawdziwe: od marszobiegów do granicy wytrzymałości przed jadącym ze stałą prędkością Uazem, przez desantowanie z rozpędzonych wozów bojowych, aż po walkę wręcz bez jakichkolwiek ochraniaczy i kasków. Najwięcej uwagi poświęcał przełamywaniu bariery strachu i bólu przed urazami i nokautami. Właśnie wtedy zrodziła się koncepcja walki „do odmowy”, co oznaczało, że nawet w sytuacji, gdy tryska krew i pękają kości, trzeba walczyć dalej. O tym, kiedy przerwać walkę, decyduje instruktor.

  • A. Z. Rawski, Wojownik, Żołnierz Polski, 2000, nr

No to ja się zwyczajnie obraziłem, a oni tymczasem mój system walki nagrali na wideo, opracowali w swoim studio i sprzedali jako czwarty zakres szkolenia. I wzięli za to pieniądze ludzie z ówczesnej Akademii Sztabu Generalnego. Wojsko mnie tak wyruchało, jak tą dziewczynę w stoczni, która łeb wsadziła do rury i ją od tyłu dmuchnęli…
BAS-3 jest, uważam, systemem doskonałym i to na miarę systemu światowego. Najlepszy dowód, że te wszystkie Combaty 56 i inne są opracowane na podstawie systemu BAS-3. Cały system powstawał ponad trzy lata. Osnowę złapałem w Instytucie Taekwondo. Tam byłem szkolony na „misjonarza”, czyli jak żołnierz. Nie jest to więc moje odkrycie, ja tylko zmodyfikowałem to, czego nauczyłem się u Generała Choi Hong Hi. BAS-3 opracowany był dla jednostek specjalnych, dla kadry zawodowej i oficerskiej – ze względu na skutki technik kończących, czyli trwałość okaleczeń. Ci chłopcy w końcu byli przygotowani do walki. Generalnie, jeżeli chodzi o bojowe systemy, ludzie nie rozumieją jednej rzeczy. To, że nauczy się małpę wyjmować korek z butelki, nie znaczy, że małpa wie co robi. I to jest ten problem. Szkolenie bojowe to jest przede wszystkim szkolenie mentalne. Wszystko jest dobrze, dopóki nie trzeba człowieka ciężko skrzywdzić, uszkodzić. Bo kiedy leje się krew, gdy walczy się o przeżycie, o tętno, to kończą się żarty. I natychmiast uświadomi to sobie każdy, jeżeli stworzyć mu takie realne zagrożenie. Bo albo się ktoś do tego nadaje, albo nie. Szkolenie bojowe to nie umiejętność wkładania palców w oczy, tylko baza mentalna do realizacji zadania.

Dr Bryl w Dziwnowie.

Pierwsi zmierzyli się z nim komandosi z Batalionu Szturmowego z Dziwnowa. (…) Walka z pierwszym nie trwała nawet pięciu sekund. Po ciosie końcami palców w oczy, kopnięciu w udo i kończącym uderzeniu łokciem w głowę – żołnierz padł na ziemię bez czucia. Następny był szybszy. Trafił Bryla czysto w żołądek, podciął i w parterze próbował skręcić mu kark. Bryl natychmiast zastosował ucisk na tętnicę szyjną. (…) Bryl pozwolił mu wstać i kilka sekund później potężnym sierpem rzucił go z powrotem na ziemię.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 37

Można na zasadzie odruchu Pawłowa, wytworzyć takie stereotypy zachowania, w których będą wywoływane odpowiednie reakcje. Akcja – reakcja, światełko – ślinienie. Ale to trzeba wytworzyć. A jak to wytworzyć – tego tak naprawdę nikt nie wie. Że korek się wkłada i wyjmuje z butelki, to wiadomo, ale po co – tu już zaczynają się kłopoty. Poza tym ci wszyscy „mistrzowie combatu” nie rozumieją jednej rzeczy. Tłumaczą, jak zakładać, jak trzymać. Tymczasem jest to ostatni element. To tak, jakby w analizie stosunku najwięcej uwagi poświęcić ściąganiu prezerwatywy.
Ideą są dwa schodki. Pierwszy to przygotowanie psychomentalne. Oznacza ono zniesienie na krótki czas barier bólu, lęku, zahamowań. Drugi schodek – to dojście do tego przez wymuszenie. Ponieważ nikt nie pozwoli sobie założyć rąk na szyję. To może mówić taki Kups, który tu zaistniał na parę sekund, żeby się zaraz poddać. Rzecz polega na tym, jak wymusić wejścia na te trzymania – to jest idea. A dopiero trzecim elementem są te wszystkie czary rękoma, nogami, głową.

Bryl wiedział, że albo rozstrzygnie tę walkę jednym uderzeniem, albo będzie to jego absolutny koniec. Zanim więc jego przeciwnik złożył się do ciosu, rozmyślnie odsłonił prawą stronę. Żebra trzasnęły jak zapałki. Drugiego takiego uderzenia już by nie przeżył. Jednak ten potężny cios spowodował, że porucznik na chwilę stracił równowagę i zupełnie się odkrył. Bryl wszedł w niego punktowym ciosem pod serce, na zatrzymanie akcji. Młody porucznik ginął powoli. Najpierw zamarł, potem zaczął się chwiać, upadł na kolana i w końcu zszedł. Następnego dnia rozpoczęło się regularne szkolenie.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 37

Tymczasem wszyscy uczą dookoła. Pokazują, że ten palec tu wsadzić… Patrzę na tych głupków, na te zdjęcia, które publikują w czasopismach – i jest to wielkie pośmiewisko. Jeżeli na przykład pokazują, że ucisnąć na oko: jest takie zdjęcie, to warto wiedzieć, że ma to mniej więcej taki skutek, jak włożenie palca w odbyt. Dlatego, że ideą choćby tego jednego elementu bojowego systemu jest przerwanie nerwu wzrokowego, który przebiega głęboko. I dopiero przez ruszenie tym we właściwy sposób uzyskuje się określony efekt. Ideą nie jest tu ucisk, tylko wyłupienie oka. Różnica jest taka, że ucisk można wytrzymać, a bólu wyłupiania oka – nie. I ten przykład ilustruje całość. Ja bazuję na fakcie, że człowiek w stanie szału wyzwala 90% energii. Normalnie dobry sportowiec pracuje na 60%. Pobudzając wydzielanie adrenaliny, ze zwykłego człowieka można zrobić Tarzana. A więc nie poprzez ćwiczenia gimnastyczne, a przez tę eksplozję psychomentalną. Doprowadzenie do sytuacji, że ktoś będzie walczył. Może mieć złamane żebra, nogę, rękę, i będzie szedł dalej. Żałuję tysięcy chłopców, którzy mogliby się czuć inaczej. Mogliby być pełnowartościowymi żołnierzami… Zresztą ostatni Lubliniec to udowodnił, grupa pokazowa „wojowników” z Lublińca… Zostali pobici, stłuczeni, posmarkani… jak dzieci na podwórku, w piaskownicy. Ale sami przyszli, prosili, chcieli się uczyć.

Przyjazd Bryla do 56 Kompanii Specjalnej był prywatną inicjatywą kpt. Arkadiusza Kupsa, pełniącego tam funkcję zastępcy dowódcy d.s. liniowych. Uważano go wówczas za komandosa nr 1 w Polsce (…). Kups (…) chciał wiedzieć, czy jego robota ma w ogóle sens (…). Wykazując bezradność najlepszych ludzi z plutonu kadrowego 56 Kompanii Specjalnej, Bryl podważył sens ich dotychczasowego szkolenia. Rozbici i pokrwawieni, wykazywali zadziwiający hart ducha (…). Później Kups podszedł do Bryla i powiedział: Dziękuję ci za ten zimny prysznic. To, co zrobiłem do tej pory to było gówno.
Kilka tygodni później Kups przyjechał do Wrocławia , by podszkolić się w zakresie bojowego systemu walki BAS-3 i poprowadzić zajęcia w Centrum Szkolenia Specjalnego.

J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 39-40

Kiedy jako pierwszy w Polsce w 1991 roku uruchamiałem we Wrocławiu Centrum Szkolenia Specjalnego i poligon we Włościejewkach, bardzo dużo się działo. Była to moja pasja i było to prawdziwe. Tym żyłem, byłem całym sobą w tym. Tworzyłem – była to kwintesencja moich kwalifikacji, umiejętności i osobistego zaangażowania.

„Centrum Szkolenia Specjalnego? Trafione. Środek tarczy. Wrocław ma wspaniałe zaplecze – świetne uczelnie wojskowe, AWF. Kolejny atut to doktor Andrzej Bryl prowadzący od lat bojowe szkolenie specjalnych jednostek wojska i policji. Ten człowiek o walce wręcz wie wszystko.”

  • Ppłk. Edward Misztal w: Superkomandos, 1992, nr 2

Ale o ile w taekwondo wychowywałem prawdziwych mistrzów i trenerów, którzy na całym świecie prowadzą dziś drużyny mistrzów – to w moim Centrum Szkolenia Specjalnego, na zasadzie przygarnięcia, zostało wygenerowanych sporo ludzi, którzy z idei bojowego szkolenia porobili sobie prywatne interesiki na swoją miarę i możliwości. A dobił mnie Arek Kups. Który jest świetnym wojskowym, sympatycznym chłopakiem, ale dobił mnie, i to w takich kategoriach… Razem robiliśmy parę fajnych rzeczy i myślę, że jeśli chodzi o wojskowe sprawy to jest on pasjonatem i on to robi bardzo dobrze. Tylko jedna sprawa: zając nie powinien się brać za gryzienie owiec… I ten człowiek, którego dla mnie starczy na parę sekund – i to nie na dłużej – żeby się konwulsyjnie poddać, tworzy na podstawie mojego systemu swój Combat 56. I jest to „bojowy system szkolenia…” Jeździ z tym po kraju… Drukują go gazety. I nie jest jedyny.

„Po wykładzie Kups podszedł do Bryla i powiedział: Napocząłeś moich ludzi, teraz muszę wiedzieć, co ze mną. (…) Obserwujący starcie instruktor z Centrum Szkolenia Specjalnego patrzył z niedowierzaniem, jak w ciągu zaledwie trzydziestu sekund gaśnie legenda najlepszego polskiego komandosa. Po ucisku na tętnicę szyjną Kups podjął kilka rozpaczliwych prób uwolnienia się od chwytu Bryla i poddał się. Po dojściu do siebie syknął: Wrócimy do tego! Wrócili nazajutrz. Historia się powtórzyła”.

  • J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 41

Jest to dla mnie trochę szokujące, ale jeśli Kups ma z tego pieniądze, to od biedy można go zrozumieć. Ale człowiek, który jest bez przeszłości, którego może zbić każdy z moich ludzi… Powtarzam, może przyjść i go zbić każdy z moich ludzi – naucza teraz innych. I nie mówię tu o sprawach wojskowych, bo on się na nich zna bardzo dobrze i jest tu autorytetem. Ale facet, który nie ma serca do walki… Są ludzie niepozorni. Na pierwszy rzut oka nikt nie dałby za takiego złamanego grosza. A oni są jak rosomak – mały zwierzaczek, a go nie przejdziesz. Tak Arkadiusz Kups ma dużą klatę – ale serduszko malutkie… I z niego taki wojownik, jak z koziej dupy trąbka.
Mówię tylko o tym wąskim przedziale. Podkreślam – nie wypowiadam się o jego innych kwalifikacjach, bo je szanuję i ich nie oceniam, gdyż nie mam prawa. Ale taki człowiek, a takich ludzików jest więcej, pokazuje czary. Taka smuga smrodu się ciągnie. Nie bardzo wiadomo, jak do tego podejść.

Początkowo bardzo się złościłem. Powstało moje Centrum Szkolenia Specjalnego. Teraz w Polsce takich centrów jest kilka. Kups zrobił swoje Centrum Szkolenia Grup Specjalnych, w Katowicach powstało jakieś Centrum Szkolenia Specjalistycznego. To tak, jakby ktoś uszył sobie, powiedzmy, krótkie spodenki, żeby mieć coś fajnego na plażę. Wychodzi w nich na plażę, patrzy, a tu wszyscy w takich samych spodenkach chodzą. I pytają: „A skąd je, kurwa, masz?” Zatem najpierw mnie to złościło, ale mówię sobie: prędzej czy później zęby będą bolały, bo ja nie zwykłem nie regulować takich spraw. Swój rachunek wypłacę. To tak jak z drapieżcą. Taki zwierz po prostu siedzi i czeka przy wodopoju. Może nie jeść tydzień, ale w końcu skoczy. Jak trafi to je, jak nie trafi to nie je. I ja sobie poczekam.

„Nie znajduję wytłumaczenia i usprawiedliwienia dla braku lojalności, słabości czy prób oderwania się od własnych korzeni, bo kryje się za tym zwykłe tchórzostwo”.

  • A.Bryl w: J. Podoba, Zawodowiec, Wrocław 1994, s. 57

Ale mnie najbardziej przeraża to, że ci ludzie zamiast twarzy mają dupę. I myślę, że jak człowiek czterdzieści lat nosi tego ryja i on nie bardzo jest jeszcze świński, to już nie opłaca się go zmieniać. A oni tak o tę swoją twarz nie dbają. Bo jeżeli ja się na czymś nie znam, to nie przyszłoby mi do głowy, żeby się sprzedawać ludziom jako, powiedzmy, sinolog. A okazuje się, że jest to metoda i sposób na życie. Kurestwo jest wszędzie. To taki dmuchanie przez słomkę i towarzystwo wzajemnej adoracji. Jeden robi figury, drugi te figury fotografuje, trzeci o tym pisze, a czwarty bierze za to pieniądze. I wszyscy się cieszą. Totalna niekompetencja. I jeszcze większe dobre samopoczucie. Gigantyczne, które mnie onieśmiela. I skoro taki łańcuszek dobrej woli powstaje, to widocznie jest taka potrzeba. I w tym kontekście niewiele znaczy i znaczyło to, co sobą reprezentuję.
Są więc teraz inne systemy, a ja zrozumiałem, że nie ma zapotrzebowania na prawdę. Jest zapotrzebowanie na iluzję. Istnieje taki zawód – prestidigitator. Ale ja mam do tego zbyt niezgrabne ręce.
Centrum Szkolenia Specjalnego – to była moja obsesja. Ale ta obsesja skończyła się w 1995 roku. Po trzech latach przestało to być dla mnie ważne. Wtedy odszedłem. Dlatego, że rozmaitych naśladowców, plagiatorów i czarnoksiężników nieudolnie wykorzystujących materiał z moich szkoleń namnożyło się tylu, że jest dla mnie żenującym konkurować z nimi, czy choćby tylko być w tym towarzystwie wymienianym. Są ludzie, którzy bardzo dobrze się czują z własną głupotą. Próbowałem to niektórym tłumaczyć. Ale bez powodzenia, więc przestałem.