Wywiad z dr Andrzejem Brylem

Wywiad z dr Andrzejem Brylem

30 czerwca 2011 Wyłącz przez Sibilian

Dr Andrzej Bryl – absolwent wrocławskiej AWF, absolwent Uniwersytetu Łomonosowa w Moskwie, doktorat z socjologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Jako pierwszy Polak uzyskał w Kanadzie w 1979 roku stopień mistrzowski w tae-kwon-do. Obecnie posiada IV dan. Współtwórca Polskiej Organizacji Tae-kwon-do i jej wieloletni prezes do spraw szkoleniowych, później prezes.



Wychowawca wielu wybitnych zawodników, m.in. Witolda Przywary, Piotra Szymanowskiego (wielokrotny mistrz Polski, dwukrotny Mistrz Europy i Mistrz świata w walce Tae-kwon-do), Sławomira Dydiszko (trener II drużyny na świecie w walce -reprezentacja Szwecji),były trener narodowej kadry Bułgarii w tae-kwon-do. Jego nazwisko jest w wielotomowej encyklopedii, wydanej przez ITF.

W 1982 roku opracował BAS-3, jeden z najskuteczniejszych systemów walki w kontakcie bezpośrednim przeznaczony dla pododdziałów antyterrorystycznych Policji oraz dla wojskowych jednostek specjalnego przeznaczenia. Jest autorem dwóch podręczników; pierwszego naukowego o tae-kwon-do: „Tae-kwon-do. Koreańska sztuka walki” opracowanego na zlecenie ITF oraz podręcznika „Skuteczna samoobrona”. Założył w 1991 pierwsze profesjonalne Centrum Szkolenia Specjalnego uzbrojonych służb zabezpieczająco-ochronnych i agentów ochrony. Przemierzył Amerykę Północną, Afrykę, Azję. Trafił do Sahary Zachodniej, gdzie trwały zacięte walki między marokańskimi żołnierzami, a wyzwolicielami z frontu POLISARIO…

AK – Pana pierwszy kontakt z wojskiem?

AB – Moje pierwsze doświadczenia z wojskiem: to był rok 1982, byłem jeszcze wtedy na uczelni, a mój bojowy system walki BAS-3 miał być przekazany dla wojska. Pamiętam wtedy, że za wdrożenie tego systemu i jego opracowanie, to śmieszne, chciałem talon na skodę albo Złoty Krzyż Zasługi. Taki im wtedy warunek przedstawiłem. To mi powiedzieli, że o talonie to mogę zapomnieć, a z odznaczeń to mi mogą dać tylko brązowy medal… No to ja się zwyczajnie obraziłem, a wie pan co oni wtedy zrobili? Mój bojowy system walki BAS-3, który prezentowałem w 1982 roku na terenie Sztabu Generalnego, nagrali na video i w swoim studio opracowali i sprzedali jako czwarty zakres szkolenia. I wzięli za to pieniądze ludzie z ówczesnej Akademii Sztabu Generalnego. Powiem panu, wojsko mnie tak wyruchało, jak tą dziewczynę w stoczni, która łeb wsadziła do rury i ją od tyłu dmuchnęli…I teraz chcę panu powiedzieć : Arkadiusz Kups jest świetnym wojskowym, sympatycznym chłopakiem, ale dobił mnie w kilku kategoriach…Razem robiliśmy parę fajnych rzeczy i myślę, że jeśli chodzi o te wojskowe sprawy to jest pasjonatem i on to robi bardzo dobrze. Tylko jedna sprawa: zając nie powinien się brać za gryzienie owiec…I ten człowiek, którego u mnie starczy tu na trzy, czy cztery sekundy i to nie na dłużej, żeby się konwulsyjnie poddać (co miało już dwukrotnie miejsce! -przyp. Red.), tworzy na podstawie mojego systemu system szkolenia Combat 56. I jest to system szkolenia bojowy…

AK- Kapitan Kups (wtedy jeszcze był w stopniu kapitana -przyp. Red.) jeździ z tym systemem po kraju…

AB- Jest to trochę szokujące, no ale jeśli ma z tego pieniądze to od biedy można go zrozumieć. Ale człowiek, który jest bez przeszłości, którego tutaj może zbić każdy z moich ludzi, powtarzam, może przyjść i go zbić każdy z moich ludzi – naucza innych. I nie mówię tu o sprawach wojskowych, bo on je robi bardzo dobrze i jest w tych sprawach autorytetem. Ale facet, który nie ma serca do walki… są ludzie po których nie widać, że mają serce. Nie dałby pan za nich złamanego grosza. Tak jak rosomak, mały zwierzaczek, a go nie przejdziesz. Tak Arkadiusz Kups ma dużą klatę, ale serduszko malutkie… I z niego taki wojownik, jak z koziej dupy trąbka. Mówię tylko o tym wąskim przedziale. Nie mówię o innych kwalifikacjach, bo je szanuję i ich nie oceniam, gdyż nie mam prawa. I taki człowiek, a takich ludzików jest więcej, pokazuje czary. Wie pan, taka smuga smrodu się ciągnie. Nie bardzo wiadomo, jak do tego podejść. Początkowo bardzo się złościłem. Bo niech pan popatrzy: powstało moje Centrum Szkolenia Specjalnego. Teraz w Polsce takich centrów jest kilka. Kups zrobił swoje Centrum Szkolenia Grup Specjalnych (na szczęście już nie istnieje, był to bowiem kompletny plagiat CSS dr Bryla, nawet w takich sprawach jak foldery, zgłoszenia, a nawet logo! – przyp. Red.), w Katowicach powstało jakieś Centrum Szkolenia Specjalistycznego (harcerzyki bawili się w wojsko -przyp. Red.). I wie pan, to było tak, jakby uszył pan sobie, powiedzmy, krótkie spodenki, żeby mieć coś fajnego na plażę. Wychodzi pan na plażę, patrzy pan, a tu ****a, wszyscy w takich samych spodenkach chodzą. I pytają: „A skąd je, ****a, masz?” I ja się tak czuję. Najpierw mnie to złościło, ale mówię sobie, prędzej czy później zęby będą bolały, bo ja nie zwykłem nie prostować i nie regulować takich spraw. A potem sobie powiedziałem: „Widocznie taki jest świat”. Takie są prawa rynku i takie są zasady gry. I jeżeli światu jest z tym dobrze, to co mi do tego. Kups to jest taki facet, któremu dajmy na to, dałby pan potrzymać swoją legitymację dziennikarską, a on mówi za rogiem innym, że jest dziennikarzem i idzie robić swoją dziennikarską robotę. I to dokładnie na to samo wychodzi. Drukują go gazety (jak gwiazdora filmowego – komentarz Red.), jeździ po Polsce. I nie jest jedyny. Jest jeszcze cała kupa lokalnych czarodziei, którzy to robią. I co pozostaje… uśmiechnąć się i wycofać. To znaczy ja swój rachunek wypłacę. Myślę, że to tak jak z drapieżcą. Drapieżca to zwierz, który siedzi i czeka przy wodopoju. Może nie jeść tydzień, ale w końcu skoczy. Jak trafi to je, jak nie trafi to nie je. Tak więc ja sobie poczekam. Ale mnie najbardziej przeraża wie pan, co? Że ci ludzie zamiast twarzy mają dupę. Bo jeżeli ja się na czymś nie znam, to nie przyszłoby mi do głowy, żeby się sprzedawać ludziom jako, powiedzmy, sinolog. A okazuje się, że jest to metoda i sposób na życie. I myślę, że jak człowiek czterdzieści lat nosi tego ryja i on nie bardzo jest jeszcze świński, to już nie opłaca się go zmieniać. A oni tak o tę swoją twarz nie dbają. Kurestwo jest wszędzie. To taki dmuchanie przez słomkę i towarzystwo wzajemnej adoracji. Jeden robi figury, drugi te figury fotografuje, trzeci o tym pisze, a czwarty bierze za to pieniądze, I wszyscy się cieszą. I skoro taki łańcuszek dobrej woli powstaje, to widocznie jest taka potrzeba. Widocznie ten świat tak się zmienił.

AK – Kiedy powstał BAS-3?

AB – To dawna historia. W 1982 roku BAS-3 oficjalnie zademonstrowałem w Akademii Sztabu Generalnego, co ówczesnych generałów przeraziło na tyle, że chcieli zamknąć to w sejfie i trzymać na wypadek wojny. To była stracona szansa, której najbardziej żałuję. Chłopcy z jednostek specjalnych nie dostali instrumentu do tego, żeby być kimś innym. No, ale co im tam jakiś cywil mógł zrobić… „A jaki ma pan stopień?” – „Szeregowy” – „A, to odmeldujcie się”. I tak to było. Natomiast BAS-3 jest, uważam, systemem doskonałym i na miarę systemu światowego. Najlepszy dowód, że te wszystkie Combaty 56, nie combaty są opracowane na podstawie systemu BAS-3.

AK- Jakie są wzajemne relacje między BAS-2 i na przykład Krav Maga?

AB – O Krav Maga mam lepszą opinię, chociaż nie znam bliżej tego systemu. Ale myślę, że jest bardzo autentyczny, bo przyszedł z Izraela. A wszystko, co jest autentyczne, jest zawsze lepsze. Moja opinia odnośnie tego systemu jest taka, że Krav Maga to system porządny. Generalnie, jeżeli chodzi o te systemy, ludzie nie rozumieją jednej rzeczy. To, że nauczy pan małpę wyjmować korek z butelki, nie znaczy, że małpa wie co robi. I to jest ten problem. Szkolenie bojowe to jest szkolenie mentalne.

AK- To BAS-3 jest aż tak kompleksowy?

AB- Oczywiście, to przede wszystkim szkolenie mentalne. Widzi pan, wszystko jest dobrze, dopóki nie trzeba człowieka ciężko skrzywdzić, uszkodzić. Bo kiedy leje się krew, zaczynają się kłopoty, walczy się o życie, o tętno, to kończą się żarty. I natychmiast to pan sobie uświadomi, jeżeli stworzy pan drugiemu takie zagrożenie. Bo albo się pan do tego nadaje, albo się pan nie nadaje. I to jest ten problem. Bo szkolenie bojowe to nie sztuki wkładania palców, to jest baza mentalna do realizacji zadania. Można na zasadzie odruchu Pawłowa, wytworzyć takie stereotypy zachowania, w których będą wywoływane odpowiednie działania. Ale to trzeba wytworzyć. A jak to wytworzyć – tego tak naprawdę nikt nie wie. Że korek się wkłada i wyjmuje z butelki, to wiadomo, ale po co – tu już zaczynają się kłopoty. Poza tym ludzie nie rozumieją jednej rzeczy. Tłumaczą, jak zakładać, jak trzymać. Tymczasem jest to ostatni element. To tak, jakby w analizie stosunku najwięcej uwagi poświęcić ściąganiu prezerwatywy. Ideą są dwa schodki. Pierwszy to przygotowanie psychomentalne. Oznacza ono zniesienie na ten krótki czas barier bólu, lęku, zahamowań. Drugi schodek – to dojście do tego przez wymuszenie. Ponieważ nikt nie da sobie założyć rąk na szyję. To może sobie mówić taki Kups, który tu zaistniał na parę sekund, żeby się zaraz poddać. Rzecz polega na tym, jak wymusić wejścia na te trzymania, to jest idea. A dopiero trzecim elementem są te wszystkie czary mary rękoma, nogami, głową. I wszyscy uczą dookoła. Pokazują, że ten palec tu wsadzić…Wie pan, patrzę na tych głupków, na te zdjęcia, które robią, i jest to wielkie pośmiewisko. Jeżeli pokazują, że ucisnąć na oko, jest takie zdjęcie, to ma to mniej więcej taki sam skutek, jak włożenie palca w odbyt. Dlatego, że ideą tego jednego choćby elementu, jest przerwanie nerwu wzrokowego, który przebiega głęboko. I dopiero przez ruszenie tym we właściwy sposób uzyskuje się określony efekt. Ideą nie jest ucisk, tylko wyłuszczenie oka. Bo ucisk można wytrzymać, a oko, które wypada, nie da się złapać. I ten przykład ilustruje całość. Totalna niekompetencja. I jeszcze większe dobre samopoczucie. Gigantyczne, które mnie onieśmiela. I w tym kontekście niewiele znaczy i niewiele znaczyło to, co sobą reprezentuję. Ale wie pan jak to jest. Mówi się, że im bardziej człowiek głupi, tym bardziej szczęśliwy. Ja jestem bardzo sceptyczny i bardzo krytycznie ustawiam się do tego, co robię i do samego siebie. Ludzie, których znałem, mniej jakby się przejmowali, czuli się dobrze i dobrze im wszystko wychodziło. I te warianty -zanim coś zostało wprowadzone do BAS-3, były tworzone przez 3 lata. Cały system powstawał ponad trzy lata. Osnowę złapałem w Instytucie Kanadyjskim. Tam byłem szkolony na „misjonarza”, więc jak żołnierz. Nie jest to więc moje odkrycie, ja to jakby zmodyfikowałem. Natomiast ci czarodzieje, to tak jak tej piosence:” w DKF-ie Jamesa Bonda oglądał”, czy „ciosy karate ćwiczyłem z bratem”. I to jakoś idzie. Widocznie taki jest ten świat. Żałuję tysięcy chłopców, którzy mogliby się czuć inaczej. Mogliby być pełnowartościowymi…Zresztą ostatni Lubliniec to pokazał, grupa pokazowa z Lublińca… „wojowników”.

AK – 1. Pułk Specjalny Komandosów?

AB – No wie pan, to tak jak dzieci na podwórku, w piaskownicy… Zostali pobici, stłuczeni, posmarkani… Ale wie pan, przyszli, prosili, chcieli się uczyć. Nawet ten ich główny instruktor chciał tu przyjeżdżać. Ale są teraz inne systemy, a ja zrozumiałem, że nie ma zapotrzebowania na PRAWDĘ. Jest zapotrzebowanie na ILUZJĘ. Jest taki zawód – prestidigitator. No więc jest zapotrzebowanie na takich ludzi. A ja mam za bardzo niezgrabne ręce.

AK – BAS-3 był przeznaczony dla poborowych?

AB – system opracowany był dla jednostek specjalnych, planowany dla kadry zawodowej i oficerskiej, ze względu na skutek, czyli trwałość okaleczeń.

AK – Czyli techniki kończące?

AB – Tak. Ci chłopcy w końcu wychodzili i byli przygotowani do tego, żeby walczyć. Ja bazowałem na fakcie, że człowiek w stanie szału wyzwala 90% energii. Normalnie dobry sportowiec pracuje na 60%.

AK – Adrenalina.

AB – No właśnie. Nic prostszego niż wywołać to. I wtedy ze zwykłego człowieka można zrobić Tarzana. A więc nie poprzez ćwiczenia gimnastyczne, a prze tę eksplozję psychomentalną. Doprowadzenie do tego, że ten ktoś będzie walczył. Może mieć złamane żebra, nogę, rękę, i będzie szedł dalej.

Dr Andrzej Bryl – W życiu tak jest, że mając odrobinę szczęścia trafia się na nauczyciela, albo się nie trafia. Wielu ludzi nie dochodzi do celu, ponieważ nie mają nauczyciela w pierwszym okresie, który jest najważniejszy. A potem – samozaparcie. Wola osiągnięcia sukcesu, wydostania się z małego miasteczka, wyjścia poza przeciętność. Marzenia każdego młodego człowieka, zwłaszcza z prowincji.

Artur Kawiński – Trening walki rozpoczął pan od Viet Vo Dao?

Dr Bryl – To było tak, że zaraziłem się walką. Wcześniej zajmowałem się bardzo intensywnie sportem -lekkąatletyką, grami zespołowymi, w pewnym sensie kulturystyką. Natomiast Viet Vo Dao zaraził mnie człowiek, który do Polski przyjechał uczyć się zawodu po wojnie wietnamskiej. Zaraził mnie walką -to nie było trudne, bo było to wtedy tak egzotyczne, jak prawie białe niedźwiedzie. Człowiek na ulicy o żółtym kolorze skóry – tylko z tego jednego powodu można było nie spać nocami i ćwiczyć. Wtedy, za sam żółty kolor skóry człowiek mógł zrobić wszystko. Potem był mądry człowiek -Andrzej Drewniak.

AK – Pan jest od Drewniaka?

Dr Bryl – Może nie jestem od Drewniaka, ale kiedy ja zacząłem się interesować sportami walki, jedynym człowiekiem, obiektywnie, który liczył się i to w tej kategorii traktowania walki, która mnie interesowała, a więc w kontakcie bezpośrednim, był Andrzej Drewniak. Był okres, kiedy byłem związany z kyokushinkai i muszę powiedzieć, że bardzo wysoko ten styl oceniam. Jako szkołę życia. Uważam, że jest to dobry, twardy styl. Dzisiaj może powiedziałbym: bezmyślny, w wersji sportowej zbyt brutalny, zbyt bezpośredni. Ale pod względem kształtowania charakteru młodego człowieka, był to w tamtych czasach -kiedy mówię „w tamtych czasach”, bo ja nie wiem, jak to teraz wygląda -to był to styl, który uczył życia. Był to styl twardy. I ta twardość jednym imponowała, drugim mniej. Mnie imponowała i dlatego muszę powiedzieć, że chylę czoła przed Andrzejem Drewniakiem, bo on był również osobowością. Wie pan, bo to jest zawsze tak, że chce się, żeby osobowość wzoru była niepokalana. Ale niepokalana była tylko dziewica. Wie pan, jak ktoś wali po ryjach, to trudno, żeby miał naturę świętoszka. Tak więc, z wszystkimi wadami i zaletami, przygodę z kyokushinkai bardzo pozytywnie dziś postrzegam.

Potem była Gwardia Wrocław i Leong Wai Meng -mistrz Taekwondo ITF, którym jest do tej pory, ma VII dana i jest jednym z dyrektorów ITF. Bardzo szczególna postać -jako osobowość. Taki bardzo oddany, bardzo samarytański. Stąd generał Choi Hong Hi i Park Jung Tae.

I wtedy świat się dla mnie skończył. Poznanie generała Choi Hong Hi to było dla mnie, dla chłopca z prowincji, mniej więcej to samo, co chwycić Pana Boga za nogi, chwycić Oyamę za kostkę. Dla judoków pewnie kiedyś kimś takim był Jigoro Kano… To było to samo odniesienie.

AK -Miał pan okazję ćwiczyć w Toronto u generała Choi Hong Hi.

Dr Bryl -Tak, na jego zaproszenie. Otrzymałem stypendium, spędziłem trzy i pół miesiąca w Instytucie Taekwondo. Było to finansowane bezpośrednio przez generała Choi Hong Hi. Było to w czasie, kiedy byłem jedynym Europejczykiem w Instytucie. A Taekwondo było jeszcze w ogóle nieznane, był to okres „produkcji” misjonarzy. Koncepcja produkcji białych misjonarzy nie do końca się sprawdziła, więc rok po moim wyjeździe, ITF skierowała siły na Koreę Północną. I wyszkolono tam armię instruktorów. Armię, pod wodzą Parka Jung Tae, która potem zalała Europę komunistyczną i postkomunistyczną.



Natomiast u mnie świat się załamał. To tak czasem bywa. Dla mnie nieważna była forma. Dla mnie ważne było spotkanie z generałem Choi Hong Hi, z twórcą. Tak jak kiedyś spotkanie z Sartrem, którego jestem do dziś gorącym zwolennikiem. To stanowiło spełnienie. A więc dotknąłem -spełniło się.

I trochę swoje wyobrażenie przeorientowałem. Ta nowa formuła -świat sztuk walki się usportawiał, a mnie to usportawianie już nie odpowiadało, bo przez to traciło to wszystko swoją wymierność. Dopóki mogłem „produkować” ludzi, którzy wygrywali, bo liczyła się odpowiedź na proste pytanie: kto stoi, kto leży? -to odpowiadało mi to, bo to było wymierne. Kontakt był silniejszy, przepisy były bardziej liberalne, dopuszczające walkę bezpośrednią -mówię tu o Piotrku Szymanowskim, Witku Przywarze -to tak. A potem moja generacja ludzi odeszła, a przyszli nowi ludzie, inni -subtelni, wrażliwi, którzy zajmowali się raczej stylistyką ruchu, a nie jego treścią. Ja w tym momencie przestałem, mieć miejsce w tym wszystkim, bo świata nie da się zmienić.

AK -W nowych ludziach widzi pan różnice przede wszystkim mentalne?

Dr Bryl -Ja, a w pewnym sensie być może też pan, byliśmy innym pokoleniem, byliśmy zahartowani w takim dysonansie poznawczym, byliśmy bardziej ambitni. Bo zamknięty był dla nas świat, wyjazd był szansą wyrwania się, pokazania się. My byliśmy nakierowani na kreowanie siebie.

Ci ludzie dzisiaj traktują to jako flirt, a nie sposób życia. Poza tym, ja czułem się ustawiany bardzo jednoznacznie – to znaczy: życie i śmierć. Dzisiaj nikt już w takich kategoriach nie wartościuje, bo byłoby to po prostu śmieszne. Dzisiaj jest to po prostu walka sportowa, taka sama jak szachy, czy warcaby.

Dla mnie zatraciło to tożsamość, bo mistrz, który nie jest w stanie obronić swojego mistrzostwa, staje się takim bezzębnym ratlerkiem, który może głośno szczekać, ale nie emanuje od niego siła stanowienia. To jest może podejście archaiczne, ale ja to kochałem! Prawdziwość -to znaczy ból połamanych rąk, radość zwycięstwa, gorycz porażki -a porażkę się odczuwało chociażby w postaci złamanych żeber -coś się działo! My nie wiedzieliśmy wtedy co to są protektory -gołe pięści, gołe nogi, jakaś tam maska i heja!… To było może barbarzyńskie, może dzikie, ale taki był wtedy świat.

Ja byłem z tego świata, gdzie mój własny nauczyciel chciał mnie zabić. Park Jung Tae. I można to skonfrontować w każdej chwili, bo on tu często przyjeżdża. Po prostu chciał mnie zabić, bo podważyłem jego autorytet w Instytucie. Mimowolnie, mimochodem. Bo to był taki świat, bardzo jednoznaczny. Przesadziłem -i mogłem za to zapłacić głową.

AK -Co to była za sytuacja?

Dr Bryl -To była sytuacja, o której już wielokrotnie mówiłem. Przyjechałem do Instytutu jako w miarę wykształcony człowiek. W miarę -humanistycznie jakoś tam jestem ułożony, poza tym ja już byłem po AWF-ie. I zetknąłem się z człowiekiem, który był jakimś tam podoficerem w armii koreańskiej, Parkiem Jung Tae. Jacy są nasi podoficerowie to pan wie. W Korei nie byli lepsi -chcę powiedzieć, że może gorsi.

My Polacy, jako naród jesteśmy niesforni i krnąbni. To znaczy, nie pozwolimy, jak to się mówi, żeby „Niemiec pluł nam w twarz”. I zdarzyła się tam sytuacja taka, że Park Jung Tae, ponieważ coś nie tak zrobiłem, publicznie powiedział, że „on mnie będzie uczył kultury”. Ponieważ nie potrafię się znaleźć w tym świecie, to on mnie tego nauczy. Odpowiedziałem, że kiedy w Europie już była cywilizacja, to w Korei jeszcze były… gałęzie.

Zostałem wyrwany na środek Instytutu. Ja byłem wtedy zupełnie niedoświadczony, byłem takim „żywcem”, chłopakiem jeszcze…

Uderzył mnie dwa razy otwartą ręką w twarz i mówi: „walcz!”. A ja na to -„dobra!”. Ale tak na zasadzie, że zapomniałem, kto on jest -bo ja w tej kulturze nie żyłem. No to mówię: „k…,dobra,no to chodź!”

No i tak może przez minutę, przy czym przewaga fizyczna była po mijej stronie, więc nie skończyło się to natychmiast. Po minucie, czy półtorej takiego braku skuteczności, Park Jung Tae wykonał taką technikę obrotową, że jak przeszła obok mojej głowy, to uświadomiłem sobie, że on chce mnie zabić. Że to nie walka, że to jest dla mnie.. po prostu koniec! Dotarło do mnie. I muszę powiedzieć, że podniosłem ręce i poddałem się, bo pomyślałem, że nie chcę umierać w takich okolicznościach. To doświadczenie pozwoliło mi zrozumieć sens. I w innej sytuacji ja darowałem swojemu nauczycielowi życie i autorytet, ponieważ w innej sytuacji poniosła go megalomania. On wówczas musiałby się poddać (historia opisana w książce „Zawodowiec” Jacka Podoby -przyp. Redakcja). Ja odpuściłem tą sytuację. On zrozumiał i od tej pory Park Jung Tae jest moim wielkim przyjacielem. Kiedy przyjeżdża do Polski, to mimo, że nie utrzymuję z nim stałych kontaktów, on, za każdym razem, kiedy jest we Wrocławiu, przyjeżdża do mnie przywitać się i porozmawiać.

Ale to były czasy bardzo jednoznaczne -albo ja, albo ty. Nie było miejsca na konformizm sytuacji, chwili. Wtedy świat był poustawiany inaczej, bo karate było żywiołem, było życiem, pasją młodych chłopaków. Nie było koszykówki, była piłka nożna i karate.