Skrzynie trafiały do magazynów pułkowych od wiosny 1939 roku i nikt nie miał prawa ich otwierać. Napisy informowały o sprzęcie mierniczym, a w dokumentach przewozowych figurował eksport do Urugwaju. W środku leżał karabin przeciwpancerny wz. 35 – broń, którą polski żołnierz mógł przebić pancerz każdego niemieckiego czołgu z września 1939 roku, i o której istnieniu dowiedział się dopiero 15 lipca, siedem tygodni przed wybuchem wojny.
Skąd wziął się karabin przeciwpancerny wz. 35
Historia tej broni zaczyna się nietypowo, bo nie od karabinu, tylko od naboju. Polscy specjaliści od balistyki doszli w połowie lat trzydziestych do wniosku, że zamiast budować ciężkie działko przeciwpancerne dla piechoty, można pójść w drugą stronę – zostawić standardowy kaliber 7,92 mm i nadać pociskowi niespotykaną dotąd prędkość początkową, jakiej nie osiągała żadna ówczesna broń strzelecka.
Najpierw był pocisk
Prace nad amunicją prowadził zespół pod kierunkiem ppłk. dr. Tadeusza Felsztyna. Efektem był nabój oznaczony 7,92 × 107 mm DS – z łuską niemal dwukrotnie dłuższą niż w standardowym karabinie Mauser i z ładunkiem prochu, który miał wypchnąć pocisk z prędkością przekraczającą 1250 m/s. Amunicję opracowano i produkowano w Państwowej Wytwórni Amunicji nr 1 w Skarżysku.
To była decyzja projektowa, która przesądziła o wszystkim, co wydarzyło się później – o zaletach broni i o jej ograniczeniach.
Konstrukcja Maroszka
Karabin na ten nabój zaprojektował zespół konstruktorów Państwowej Fabryki Karabinów w Warszawie, a kluczową rolę odegrał w nim Józef Maroszek, absolwent Politechniki Warszawskiej. Prace przyspieszyły po decyzji Komitetu do Spraw Uzbrojenia i Sprzętu z 1 sierpnia 1935 roku, a już 25 listopada tego samego roku karabin przyjęto do uzbrojenia jako wzór 35.
Sama konstrukcja była celowo prosta. Konstrukcja zamka opierała się na rozwiązaniach z karabinka wz. 29, czyli broni doskonale znanej polskim żołnierzom. Do tego doszła długa, wymienna lufa, duży hamulec wylotowy i składany dwójnóg. Produkcję rozdzielono między zakłady, a montaż końcowy prowadzono w wydzielonej, utajnionej części fabryki.
Problem, który omal nie przekreślił projektu: pierwsze egzemplarze miały lufy o żywotności liczonej w zaledwie kilkudziesięciu strzałach. Przewód lufy zużywał się tak szybko, że po dwudziestu, trzydziestu strzałach broń traciła zdolność przebijania pancerza i nadawała się już tylko do wymiany lufy. Dopiero zmiana technologii wykonania przewodu lufy i jej wydłużenie z 1000 do 1200 mm pozwoliły osiągnąć wynik, który wojsko uznało za akceptowalny – około 300 strzałów. Przy przewidywanym tempie ognia rzędu ośmiu, dziesięciu strzałów na minutę i realiach walki obronnej był to zapas w zupełności wystarczający. Co ważne, do każdego karabinu dołączano trzy lufy zapasowe oraz specjalny klucz umożliwiający ich szybką wymianę w warunkach polowych.

Kryptonim „Ur” i tajemnica, która kosztowała więcej, niż dała
Nazwa, pod którą broń przeszła do historii, nie ma nic wspólnego z konstrukcją. „Ur” to skrót od Urugwaju – państwa, do którego rzekomo eksportowano sprzęt pakowany w drewniane skrzynie. Legendę wymyślił płk Tadeusz Pełczyński, od 1935 roku szef Oddziału II Sztabu Głównego, czyli wywiadu wojskowego. Karabiny podróżowały do jednostek jako sprzęt mierniczy, z zakazem otwierania opakowań bez rozkazu Ministra Spraw Wojskowych, a żołnierze niższych szczebli nie mieli pojęcia, co przechowują.
Utajnienie miało sens, dopóki broń była nowością, której nie chciano pokazywać wywiadowi sąsiadów. Problem w tym, że tajemnicy pilnowano także wtedy, gdy wojna była już przesądzona. Skutki były proste do przewidzenia:
- Szkolenie ruszyło późno – rozkaz o zapoznaniu wyznaczonych żołnierzy i oficerów z obsługą wyszedł 15 lipca 1939 roku, na siedem tygodni przed atakiem.
- Kursy były krótkie i teoretyczne – po przeszkoleniu karabiny wracały do zaplombowanych skrzyń, więc nie było mowy o regularnym strzelaniu ani o ćwiczeniach z makietami wozów pancernych.
- Nie powstała doktryna użycia – nikt nie zdążył wypracować zasad wyboru stanowisk ogniowych, zmiany pozycji po strzale ani współdziałania z resztą plutonu.
- Zabrakło efektu psychologicznego – żołnierz, który nie wie, że dysponuje bronią zdolną zatrzymać czołg, zachowuje się tak, jakby jej nie miał.
Broń, która na papierze dawała piechocie realną szansę w starciu z bronią pancerną, weszła do walki jako zagadka dla własnych użytkowników.
Dane techniczne kb ppanc wz. 35
Pod względem parametrów wz. 35 był konstrukcją wyjątkową w swojej klasie. Przy masie zbliżonej do lekkiego karabinu maszynowego osiągał prędkość początkową, jakiej nie miała żadna inna broń strzelecka tamtych lat.
| Parametr | Wartość |
|---|---|
| Nabój | 7,92 × 107 mm DS |
| Zasada działania | powtarzalny, zamek czterotaktowy wzorowany na kbk wz. 29 |
| Zasilanie | magazynek pudełkowy na 4 naboje |
| Długość całkowita | 1760 mm |
| Długość lufy | 1200 mm |
| Masa | 9,5 kg bez amunicji, ok. 10,5 kg z dwójnogiem i pełnym magazynkiem |
| Prędkość początkowa | 1250–1275 m/s |
| Celownik | stały, nastawiony na 300 m |
| Szybkostrzelność praktyczna | 8–10 strzałów na minutę |
| Żywotność lufy | ok. 300 strzałów (3 zapasowe lufy w komplecie) |
| Obsługa | 2 żołnierzy (strzelec i amunicyjny) |
| Koszt jednostkowy | ok. 1000 zł |
Na osobną uwagę zasługuje hamulec wylotowy. Ładunek prochu był dwukrotnie większy niż w standardowym naboju karabinowym, a mimo to odrzut odczuwany przez strzelca pozostawał porównywalny ze zwykłym Mauserem, ponieważ hamulec przejmował około 65 procent energii odrzutu. Skutkiem ubocznym tego rozwiązania był jednak silny podmuch gazów wylotowych, który wzbijał tumany kurzu i zdradzał stanowisko ogniowe już po pierwszym strzale.
Jak działał pocisk DS
Największym mitem narosłym wokół tej broni jest przekonanie, że polski pocisk przebijał pancerz dzięki twardemu rdzeniowi. Działo się coś zupełnie odwrotnego.
Pocisk posiadał ołowiany rdzeń w płaszczu ze stali platerowanej melchiorem. Przy trafieniu w płytę z prędkością przekraczającą kilometr na sekundę nie penetrował jej w klasycznym rozumieniu. Ołów pełnił rolę bufora – zapobiegał rykoszetowaniu i sprawiał, że pocisk rozpłaszczał się na pancerzu, przekazując całą energię kinetyczną w jeden punkt. Zjawisko to wywoływało naprężenia, w wyniku których po wewnętrznej stronie pancerza dochodziło do odprysku – z płyty wybijany był tzw. korek o średnicy nawet trzykrotnie większej od kalibru broni. Wpadał on do wnętrza wozu bojowego wraz z chmurą mniejszych odłamków.
Dlaczego to ma znaczenie dla oceny skuteczności: przebicie pancerza nie było równoznaczne z unieruchomieniem czołgu. Odłamki wpadające do przedziału bojowego raziły to, co akurat znalazło się na ich drodze – załogę, przewody, amunicję albo nic istotnego. Jeden celny strzał mógł wyeliminować wóz z walki, ale mógł też nie zrobić nic. Stąd instrukcje mówiące o strzelaniu do konkretnych miejsc kadłuba i o oddawaniu kolejnych strzałów do tego samego celu.
Na poligonie w Zielonce pocisk przebijał płytę o grubości 15 mm ustawioną pod kątem 30 stopni z odległości 300 metrów. Z odległości 100 metrów źródła podają przebijalność rzędu 33 mm, a przedwojenna instrukcja mówiła nawet o 40 mm. Trzeba przy tym pamiętać, że liczby te dotyczą warunków poligonowych i zmieniają się w zależności od kąta trafienia – dlatego w opracowaniach spotyka się rozbieżne wartości dla tej samej broni.

Andrzej Zasieczny
Broń Wojska Polskiego 1939–1945. Wojska Lądowe
Andrzej Zasieczny — leksykon uzbrojenia polskich wojsk lądowych z lat 1939–1945, od broni strzeleckiej po artylerię. Karabin przeciwpancerny wz. 35 w kontekście całego systemu broni II Rzeczypospolitej.
Kup w TaniaKsiazka →Karabin wz. 35 w kampanii wrześniowej
Kampania wrześniowa była jedynym okresem, w którym broń walczyła pod polskim orłem – od pierwszych godzin walk, kiedy niemiecki atak ruszył także na Westerplatte. Jej bilans jest do dziś przedmiotem sporu między tymi, którzy widzą w niej niewykorzystaną szansę, a tymi, którzy podkreślają realne ograniczenia sprzętu.
Ile sztuk trafiło do jednostek
Zapotrzebowanie wojska określono na 7610 sztuk. Ile faktycznie wyprodukowano, do dziś nie jest jasne – najczęściej podawana liczba to około 3500 egzemplarzy dostarczonych do sierpnia 1939 roku, ale w opracowaniach spotyka się wartości od 2000 do ponad 6000. Znane numery fabryczne sięgają kilku tysięcy.
Sposób rozdziału był prosty i budzi najwięcej zastrzeżeń historyków. Karabiny przydzielano po trzy sztuki na kompanię strzelecką piechoty i szwadron kawalerii, czyli po jednym na pluton. Etatowo polska dywizja piechoty dysponowała 92 sztukami tej broni, jednak były one rozproszone po całym ugrupowaniu. Alternatywą mogłoby być skupienie kilkunastu karabinów w odwodzie przeciwpancernym dowódcy batalionu lub pułku i kierowanie ich na kierunki zagrożone atakiem broni pancernej – i takie właśnie doraźne zespoły, tworzone już w trakcie kampanii, przynosiły najlepsze efekty.
Co potrafił naprawdę
Teza, że wz. 35 przebijał pancerz każdego niemieckiego czołgu z 1939 roku, jest prawdziwa – ale wymaga dopowiedzenia dystansu.
- PzKpfw I i PzKpfw II – wozy o pancerzu rzędu kilkunastu milimetrów, skutecznie rażone z odległości 200–300 metrów.
- PzKpfw III i PzKpfw IV – cięższe konstrukcje, przy których skuteczny dystans spadał w okolice stu metrów i mniej, i to pod warunkiem trafienia w słabiej opancerzone miejsca.
- Samochody pancerne – cele, wobec których broń zachowywała skuteczność na całym dystansie celnego ognia (niemieckie transportery opancerzone były w 1939 roku na froncie rzadkością).
Sto metrów to odległość, z której strzelec widzi wieżyczkę czołgu w całości i sam jest doskonale widoczny. Niemiecka broń pancerna z 1939 roku była zresztą słabsza, niż każe sądzić legenda o niezwyciężonym Blitzkriegu – trzon stanowiły lekkie wozy, wobec których polski karabin miał realne szanse. Do tego dochodził brak realnego szkolenia i rozproszenie broni. Efekt był taki, że karabin bywał używany znakomicie tam, gdzie trafił w ręce kogoś, kto zrozumiał, co trzyma – i praktycznie wcale w oddziałach, które nie zdążyły go poznać.
Bzura, Brochów i pojedynek porucznika Groniowskiego
Najczęściej przywoływane epizody z udziałem wz. 35 pochodzą z walk nad Bzurą, z odcinka Brochów – Sochaczew, gdzie broni używały między innymi pododdziały kawalerii. Rotmistrz Zbigniew Szacherski opisał w swoich wspomnieniach pojedynek porucznika Groniowskiego z niemieckim czołgiem: oficer strzelał do wozu, aż udało mu się go unieruchomić, a następnie wyeliminować z walki. W samotnym starciu człowieka z maszyną wygrał człowiek.
Takich relacji jest w polskich wspomnieniach z 1939 roku znacznie więcej i to one zbudowały legendę tej broni. Warto jednak czytać je z drugą myślą – to były epizody, nie reguła.
Karabin Ur na tle innych rusznic przeciwpancernych
W drugiej połowie lat trzydziestych rusznice przeciwpancerne miały prawie wszystkie liczące się armie. Większość armii rozwijała broń wielkokalibrową strzelającą ciężkimi pociskami. Polscy konstruktorzy przyjęli odmienną koncepcję – pozostali przy kalibrze broni strzeleckiej, a brak masy pocisku zrekompensowali jego prędkością początkową.
| Konstrukcja | Kraj | Nabój | Masa |
|---|---|---|---|
| kb ppanc wz. 35 | Polska | 7,92 × 107 mm | ok. 10 kg |
| Panzerbüchse 39 | Niemcy | 7,92 × 94 mm | ok. 12,6 kg |
| Boys Mk I | Wielka Brytania | 13,9 × 99 mm | ok. 16 kg |
| PTRD-41 | ZSRR | 14,5 × 114 mm | ok. 17 kg |
Różnica w masie przekładała się wprost na to, co żołnierz mógł zrobić w polu. Polski karabin dwóch ludzi przenosiło bez trudu, a jego długość – 1760 mm – była głównym problemem raczej w transporcie konnym niż w marszu. Brytyjski Boys ważył półtora raza tyle, a radziecki PTRD-41 wymagał już traktowania jak sprzęt zespołowy.
Wspólny los wszystkich tych konstrukcji był identyczny. Rusznice przeciwpancerne stały się przestarzałe w ciągu zaledwie dwóch, trzech lat wojny, gdy grubość pancerzy czołgów wzrosła na tyle, że pociski karabinowe utraciły skuteczność. Wystarczy zestawić kilkanaście milimetrów stali w PzKpfw II z grubością płyt czołowych czołgu Tygrys, żeby zobaczyć skalę tej zmiany. Miejsce broni opartej na energii kinetycznej zajęły kumulacyjne granatniki, a z czasem przeciwpancerne pociski kierowane (ppk).
Losy po wrześniu 1939 roku
Zdobyte karabiny nie trafiły na złom. Niemcy przejęli co najmniej dziewięćset sprawnych sztuk, przyjęli je do uzbrojenia jako Panzerbüchse 35 (polnisch), w skrócie PzB 35(p), i używali między innymi w oddziałach powietrznodesantowych – po tę broń sięgnęli spadochroniarze zdobywający belgijski fort Eben-Emael. Broń pojawiła się w walkach na zachodzie w 1940 roku, później trafiła między innymi do Afryki Północnej, gdzie cienko opancerzone pojazdy i duże odległości nadal dawały jej pole do działania. Z pierwszej linii wycofano je do końca 1940 roku. Niemcy zdążyli jeszcze przerobić część zdobycznej amunicji, zastępując polskie pociski DS własnymi, twardordzeniowymi.
Około 800 sztuk odkupili od Niemców w 1940 roku Włosi, w których uzbrojeniu broń figurowała jako fucile controcarro 35(P) i trafiła na kilka frontów, na których walczyła armia włoska. Trzydzieści egzemplarzy dotarło w marcu 1940 roku, za pośrednictwem Węgier, do Finlandii jako 8 mm pst kiv/38 – zbyt późno, by wziąć udział w wojnie zimowej. Finowie użyli ich na początku wojny kontynuacyjnej, ale szybko odesłali do magazynów: razem z bronią dostali zaledwie trzy tysiące polskich nabojów i żadnych części zamiennych. Ostatnie sztuki sprzedali do Stanów Zjednoczonych w 1956 roku.
Druga słynna konstrukcja Józefa Maroszka, samopowtarzalny karabin wz. 38M, weszła do produkcji tuż przed wojną – zdążono wykonać około stu pięćdziesięciu sztuk. Sam konstruktor wspominał, że we wrześniu 1939 roku, podczas ewakuacji, ostrzeliwał z takiego karabinu niemieckie samoloty atakujące pociąg. Ta relacja pochodzi jednak wyłącznie od niego. Konstruktor przeżył okupację i po wojnie pracował jako wykładowca Politechniki Warszawskiej. Zmarł w 1985 roku, znany raczej w wąskim gronie specjalistów niż szerokiej publiczności.
Zachowany egzemplarz z bliska pokazuje to, czego nie widać na rysunku technicznym – jak wygląda hamulec wylotowy, jak działa mechanizm zamka i jak wymienia się lufę. Materiał przygotowało Wielkopolskie Muzeum Niepodległości.
Co zostało z karabinu Ur
Egzemplarzy, które przetrwały wojnę, jest niewiele, a rozproszone są po całym świecie. Karabin wz. 35 można zobaczyć między innymi w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i w londyńskim Imperial War Museum. Kolekcja Muzeum Ziemi Sochaczewskiej ma dwa kompletne karabiny oraz lufę wydobytą z pobojowiska bitwy nad Bzurą – dokładnie stamtąd, skąd pochodzą najbardziej znane relacje o jego użyciu.
Legenda tej broni jest większa od jej realnego wkładu w kampanię wrześniową i warto to powiedzieć wprost. Wz. 35 nie zatrzymał niemieckich dywizji pancernych i nie mógł tego zrobić – trzy karabiny na kompanię nie zmieniają przebiegu wojny. Był natomiast dowodem, że polska myśl techniczna lat trzydziestych potrafiła wyprzedzić rozwiązania sąsiadów, podobnie jak w przypadku prac nad złamaniem szyfru maszyny Enigma. Problem leżał gdzie indziej – w tym, że nawet najlepszy sprzęt bez doktryny, szkolenia i odpowiedniej liczby staje się ciekawostką muzealną, a nie argumentem na polu walki.
Karabin przeciwpancerny wz. 35 – najczęściej zadawane pytania
Skąd wzięła się nazwa „Ur” i co oznaczała?
To skrót od Urugwaju. Karabiny przewożono i magazynowano pod legendą sprzętu eksportowanego do tego kraju, a skrzynie opisywano jako zawierające sprzęt mierniczy, którego nie wolno otwierać. Nazwa kryptonimu przylgnęła do broni tak mocno, że dziś funkcjonuje częściej niż oficjalne oznaczenie kb ppanc wz. 35.
Jaka była polska broń przeciwpancerna w 1939 roku?
Podstawą była armata przeciwpancerna Boforsa kalibru 37 mm, przydzielana na szczeblu batalionu i pułku. Karabin przeciwpancerny wz. 35 był uzupełnieniem tego systemu na najniższym szczeblu – po trzy sztuki na kompanię strzelecką i szwadron kawalerii. Piechota dysponowała ponadto granatami i improwizowanymi środkami, ale to właśnie te dwa rodzaje broni stanowiły trzon obrony przeciwpancernej.
Czy karabin wz. 35 rzeczywiście przebijał pancerz niemieckich czołgów?
Tak, ale kluczowy jest dystans. Lekkie PzKpfw I i II były podatne z 200–300 metrów, natomiast wobec cięższych PzKpfw III i IV skuteczny dystans spadał do około stu metrów i wymagał trafienia w słabiej opancerzone miejsce. Do tego samo przebicie nie gwarantowało zniszczenia wozu, ponieważ raziły odłamki wybijane z wewnętrznej strony płyty, a te mogły nie trafić w nic istotnego.
Ile karabinów wz. 35 wyprodukowano?
Zapotrzebowanie wojska opiewało na 7610 sztuk. Najczęściej podaje się, że do sierpnia 1939 roku jednostki otrzymały około 3500 karabinów, choć w opracowaniach pojawiają się liczby od 2000 do ponad 6000. Dokumentacja fabryczna została w dużej części zniszczona w czasie wojny, więc dokładna wielkość produkcji pozostaje przedmiotem sporu.
Dlaczego rusznice przeciwpancerne zniknęły z pola walki?
Zdecydował wyścig z grubością pancerza. Broń oparta na energii kinetycznej pocisku karabinowego działała, dopóki czołgi miały kilkanaście, dwadzieścia kilka milimetrów stali. Kiedy w latach 1941–1942 standardem stały się pancerze grubsze i pochylone, rusznice przestały cokolwiek znaczyć. Ich miejsce zajęły granatniki z pociskami kumulacyjnymi, których skuteczność nie zależy od prędkości pocisku.
Źródła
https://pl.wikipedia.org/wiki/Karabin_przeciwpancerny_wz._35
https://www.konflikty.pl/technika-wojskowa/na-ladzie/karabin-przeciwpancerny-wz-35-ur/
https://www.infolotnicze.pl/2012/11/04/karabin-specjalny-przeciwpancerny-wz-35-czy-na-pewno-cudowna-bron/
https://www.polska-zbrojna.pl/home/articleshow/20491
https://muzeum1939.pl/poznajwystaweglowna-karabin-przeciwpancerny-ur-wz-35/aktualnosci/3799.html
https://dzieje.pl/artykulyhistoryczne/jozef-maroszek-polski-konstruktor-broni





