BAS-3 // ONLINE
--:--:--
SEARCH // PORTAL BAS-3

ESC aby zamknąć · ↑↓ aby nawigować

Niemiecki okręt Schleswig-Holstein na wodach portu, obok kłęby dymu po salwie artyleryjskiej
◆ PORTAL BAS-3

Fot. Wikimedia Commons , licencja domena publiczna

Westerplatte 1939 – siedem dni obrony i spór o to, kto naprawdę dowodził

· 18 min czytania
◆ Również w: II Wojna Światowa

Załoga Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte miała wytrzymać dwanaście godzin, a broniła się siedem dni – od 1 do 7 września 1939 roku. Około dwustu żołnierzy dysponujących zaledwie jedną armatą 75 mm i czterema moździerzami stawiło czoła zgrupowaniu taktycznemu liczącemu kilka tysięcy ludzi, wspieranemu przez pancernik, ciężką artylerię i bombowce nurkujące. Ta obrona stała się jednym z najmocniejszych symboli polskiego września, ale narosło wokół niej też sporo legend – od zawyżonych strat niemieckich po pytanie, kto faktycznie dowodził placówką w ostatnich dniach walki. Poniżej znajdziesz zarówno ustalenia historyków, jak i granice tego, co dziś da się rzetelnie potwierdzić.

Wojskowa Składnica Tranzytowa – polski przyczółek w Wolnym Mieście Gdańsku

Westerplatte nie było twierdzą graniczną, lecz magazynem amunicji ulokowanym na cudzym terytorium. Półwysep u wejścia do portu gdańskiego leżał w granicach Wolnego Miasta Gdańska – autonomicznego organizmu politycznego pod nadzorem Ligi Narodów, z niemieckojęzyczną większością mieszkańców i własnym senatem. Polska miała tam prawo do korzystania z portu, ale nie do budowania fortyfikacji.

Decyzja Ligi Narodów i narodziny składnicy

Spór o miejsce składowania materiałów wojennych ciągnął się od początku lat dwudziestych, bo gdański senat konsekwentnie blokował polskie transporty amunicji przez port. Rozstrzygnięcie zapadło w 1924 roku, gdy Liga Narodów przyznała Polsce półwysep Westerplatte na potrzeby wojskowego magazynu. Formalne przejęcie terenu nastąpiło w październiku 1925 roku, a pierwszy polski posterunek wartowniczy stanął na półwyspie 18 stycznia 1926 roku.

Składnica pełniła funkcję czysto logistyczną – przyjmowała, magazynowała i przeładowywała amunicję oraz sprzęt wojskowy przypływający drogą morską. Do tego dochodziła bocznica kolejowa, basen portowy i kilkanaście budynków gospodarczych rozrzuconych wśród sosnowego lasu.

Limit 88 ludzi i to, jak Polska go obchodziła

Rada Ligi Narodów w grudniu 1925 roku ustaliła ścisłe ramy – załoga mogła liczyć maksymalnie 88 osób, w tym 2 oficerów, 20 podoficerów i 66 szeregowych. Zakazane było wznoszenie umocnień i utrzymywanie tam broni ciężkiej. Polska formalnie tych zapisów nie łamała, ale w praktyce systematycznie je naciągała.

Do lata 1939 roku stan faktyczny przekroczył limit dwukrotnie – na półwyspie stacjonowało już około 180 żołnierzy i sześciu oficerów. Nadwyżkę maskowano jako personel kontraktowy i robotników portowych. Równolegle, pod pozorem budowy obiektów gospodarczych, wzniesiono pięć żelbetowych wartowni oraz nowoczesne koszary, pod którymi ukryto podziemne kabiny bojowe. Prace prowadzono nocą, a materiał budowlany dowożono w częściach.

FIG_01 // VISUAL_REF
Niemiecki okręt Schleswig-Holstein na wodach portu, obok kłęby dymu po salwie artyleryjskiej
Schleswig-Holstein prowadzi ogień w kierunku Westerplatte we wrześniu 1939 roku. Okręt cumował w Gdańsku od 25 sierpnia pod pretekstem wizyty kurtuazyjnej.Fot. Wikimedia Commons (domena publiczna)

Fortyfikacje i uzbrojenie składnicy we wrześniu 1939 roku

System obronny Westerplatte opierał się na kilku silnych punktach ogniowych połączonych umocnieniami polowymi, a nie na ciągłej linii okopów. Rozbudowywano go w pośpiechu wiosną i latem 1939 roku, gdy spór o Gdańsk wszedł w ostrą fazę: w marcu Berlin zażądał od Polski zgody na włączenie Wolnego Miasta do Rzeszy, 28 kwietnia Hitler wypowiedział polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy, a kierowany przez NSDAP senat gdański zaczął jawnie formować własne oddziały wojskowe. Na półwyspie wycięto pas drzew dla uzyskania lepszego pola ostrzału, ustawiono zapory inżynieryjne, w tym zasieki z drutu kolczastego oraz potykacze.

Wartownie, koszary i placówki polowe

Trzon obrony stanowiło pięć żelbetowych wartowni oznaczonych numerami od 1 do 5, każda ze stanowiskami dla ciężkich karabinów maszynowych i schronem dla załogi. Kluczową rolę pełniły nowoczesne koszary, uważane wtedy za jeden z najlepiej wykonanych obiektów wojskowych w Polsce – gruba płyta stropowa i podpiwniczenie pozwalały przetrwać ostrzał artyleryjski.

Żelbetowa wartownia nr 1 na Westerplatte z widocznymi śladami po odłamkach i flagą Polski przy wejściu
Wartownia nr 1 na Westerplatte, dziś część muzeum. W betonie do dziś widać ślady po odłamkach z września 1939 roku.Fot. Jan Jerszyński / Wikimedia Commons, licencja CC BY-SA 2.5

Poza obiektami murowanymi rozstawiono placówki polowe w miejscach o nazwach zapamiętanych potem przez pokolenia – „Prom”, „Fort”, „Wał”, „Przystań” i „Elektrownia”. To one przyjęły pierwsze uderzenie o świcie 1 września.

Arsenał składnicy – jedna armata 75 mm i cztery moździerze

Uzbrojenie Westerplatte odpowiadało możliwościom wzmocnionej kompanii piechoty, a nie garnizonu twierdzy. Ciężkie uzbrojenie wsparcia ograniczało się do pojedynczych egzemplarzy przemyconych na półwysep wbrew ograniczeniom nałożonym przez Ligę Narodów.

  • Armata polowa kal. 75 mm wz. 02/26 (tzw. prawosławna) – jedyne działo składnicy. 1 września wystrzeliło 28 pocisków, niszcząc niemieckie gniazda karabinów maszynowych w leżącym po drugiej stronie kanału Nowym Porcie, po czym zostało uszkodzone ogniem artylerii z pancernika i wyłączone z walki.
  • Dwie armaty 37 mm wz. 36 (Bofors), przeciwpancerne – wykorzystywane z powodzeniem przeciwko stanowiskom ogniowym i improwizowanym wozom opancerzonym gdańskiej policji.
  • Cztery moździerze piechoty kal. 81 mm wz. 31 (Brandt) – najskuteczniejsza broń wsparcia obrońców, bezpowrotnie utracona podczas niemieckiego nalotu bombowego 2 września.
  • Około 40 karabinów maszynowych – w tym 18 ciężkich (niezawodne ckm wz. 30), rozmieszczonych w wartowniach i na stanowiskach polowych.
  • Około 160 karabinów i karabinków (systemu Mauser) oraz tysiąc granatów – podstawowe wyposażenie strzeleckie załogi.

Zapasy żywności i amunicji obliczono na mniej więcej miesiąc oblężenia. Problemem okazał się nie ich brak, lecz zniszczenie magazynów prowiantowych w kolejnych bombardowaniach.

REKLAMA

Siły obu stron przed uderzeniem

Dysproporcja na Westerplatte była ogromna, ale nie aż tak jednoznaczna w pierwszych fazach walki, jak sugeruje popularna wersja. Niemcy rzeczywiście zgromadzili wielokrotnie liczniejsze zgrupowanie, jednak w bezpośrednich szturmach uczestniczyła każdorazowo tylko jego część – reszta obsadzała pierścień blokady, obsługiwała artylerię oblężniczą albo pozostawała na okrętach.

Zestawienie potencjałów obu stron

Liczebność obrońców do dziś podawana jest różnie. Starsze opracowania mówią o 182 ludziach, nowsze badania przesuwają tę wartość w przedział od 205 do 240 osób, wliczając zmobilizowanych pracowników kontraktowych i żołnierzy, którzy znaleźli się na półwyspie przypadkiem. Poniższe zestawienie pokazuje potencjał obu stron w chwili rozpoczęcia walk.

ElementWojskowa Składnica TranzytowaSiły niemieckie
Stan osobowyok. 205–240 żołnierzy i pracowników, 6 oficerówok. 3400–4000 ludzi (w bezpośrednim natarciu ok. 570 na lądzie)
Dowództwodowódca: mjr Henryk Sucharski, zastępca: kpt. Franciszek Dąbrowskikmdr Gustav Kleikamp (całość), gen. Friedrich-Georg Eberhardt (siły lądowe)
Artyleria1 armata 75 mm, 2 armaty 37 mm ppanc., 4 moździerze 81 mmok. 65 dział, w tym haubice kal. 105 mm i moździerze oblężnicze kal. 211 mm
Broń maszynowaok. 40 karabinów maszynowychponad 100 karabinów maszynowych, miotacze ognia
Wsparcie ciężkiebrakpancernik Schleswig-Holstein, torpedowiec T196, trałowiec Von der Groeben
Lotnictwobrakok. 60 bombowców nurkujących Ju 87 Stuka

Skład zgrupowania niemieckiego

Siły oblegające nie były jednolitym wojskiem liniowym, co w dużej mierze tłumaczy niepowodzenie pierwszych szturmów. Trzon uderzenia stanowiła Kompania Szturmowa Marynarki Wojennej (Marinestosstruppkompanie) por. Wilhelma Henningsena, licząca około 225 świetnie uzbrojonych ludzi – to jedyna jednostka rzeczywiście wyszkolona do walki o umocnienia. Jej dowódca został wyeliminowany z walki już pierwszego dnia – około godziny 12:30 ogień z wartowni nr 5 ciężko ranił Henningsena w klatkę piersiową i brzuch, a następnego dnia oficer zmarł. Dowodzenie przejął po nim por. Walter Schug, który wobec potężnych strat i braku postępów wstrzymał szturm.

Pozostałe jednostki prezentowały znacznie niższą wartość bojową. Do akcji rzucono oddziały policji gdańskiej, formację SS-Heimwehr Danzig w sile około 1500 ludzi, pluton pionierów oraz pododdziały saperów. Były to formacje wcześniej wykorzystywane głównie do zadań porządkowych lub paramilitarnych. Dopiero gdy zawiodła piechota, Niemcy przenieśli ciężar walki na artylerię, lotnictwo i okręty wojenne.

Pierwsze strzały 1 września i pancernik Schleswig-Holstein

Salwa oddana o świcie 1 września 1939 roku w kierunku Westerplatte weszła do historii jako symboliczny początek II wojny światowej. Rzeczywistość była bardziej złożona – tego ranka niemieckie działania ruszyły w kilku miejscach niemal równocześnie, a różnice czasowe liczono w minutach.

Okręt szkolny, który był muzealnym eksponatem

Schleswig-Holstein należał do klasy przeddrednotów – okrętów liniowych z innej epoki, wodowanych jeszcze przed I wojną światową. Ten konkretny egzemplarz zwodowano w 1906 roku i pod koniec lat trzydziestych pełnił już wyłącznie funkcję jednostki szkolnej dla kadetów Kriegsmarine. Jego uzbrojenie główne stanowiły dwie dwudziałowe wieże artyleryjskie z czterema armatami kal. 280 mm, wystrzeliwującymi pociski o masie około 330 kg.

Do Gdańska okręt przybył pod koniec sierpnia 1939 roku z oficjalną wizytą kurtuazyjną i zacumował w Kanale Portowym, zaledwie kilkaset metrów od polskich pozycji. Pod pokładem zaokrętowano kompanię szturmową piechoty morskiej. W porównaniu z nowoczesnymi jednostkami tamtej epoki, takimi jak Bismarck, był konstrukcją przestarzałą o dwie generacje – ale do ostrzeliwania celów lądowych z tak bliskiego dystansu jego artyleria główna stanowiła potężną siłę niszczącą.

Pierwsza salwa Schleswig-Holsteina nie zabiła nikogo. Niemcy użyli ciężkich pocisków przeciwpancernych, które do zadziałania zapalnika ze zwłoką potrzebowały uderzenia w gruby pancerz okrętowy. Zamiast tego z ogromną energią kinetyczną przebijały na wylot stosunkowo cienkie mury polskich budynków bez detonacji. Paradoksalnie, dobór niewłaściwej amunicji osłabił skutek pierwszego uderzenia.

Czy to były pierwsze strzały II wojny światowej?

Godzina 4:45 utrwaliła się w podręcznikach, ale sami historycy podają trzy różne godziny. Jarosław Tuliszka wyjaśnia tę rozbieżność sekwencją zdarzeń – 4:45 to godzina zaplanowana, 4:47 to moment wydania rozkazu przez Kleikampa, a 4:48 to faktyczne oddanie strzałów.

Poważniejsze zastrzeżenie dotyczy samego pierwszeństwa. Tego ranka Luftwaffe zaatakowała most w Tczewie mniej więcej o 4:30, a bombowce uderzyły na Wieluń – według wersji rozpowszechnionej w Polsce o 4:40, choć dr Grzegorz Bębnik z IPN wykazał w 2008 roku, że w niemieckich dokumentach figuruje godzina 5:40, a rozbieżność bierze się z błędnego założenia o czasie letnim. Dodatkowo prowokacje w ramach operacji „Himmler” rozegrały się jeszcze poprzedniego wieczoru.

Westerplatte nie było więc chronologicznie pierwsze, lecz stało się pierwszym miejscem regularnej walki polskiego oddziału z niemieckim natarciem – i to zadecydowało o jego symbolicznej randze. Wieluń natomiast pozostaje symbolem czego innego – pierwszej niemieckiej zbrodni wojennej wymierzonej w ludność cywilną.

Infografika: sylwetka pancernika Schleswig-Holstein z opisem uzbrojenia, chronologia ostrzału Westerplatte (4:45, 4:47, 4:48) oraz porównanie godzin rozpoczęcia działań w Tczewie, Wieluniu i na Westerplatte.
Specyfikacja Schleswig-Holsteina, sekwencja pierwszej salwy minuta po minucie i zestawienie z atakami na Tczew oraz Wieluń – czyli dlaczego Westerplatte nie było chronologicznie pierwsze.

Siedem dni obrony – przebieg walk

Niemcy planowali zdobyć składnicę w kilka godzin siłami jednej kompanii szturmowej. Zamiast tego uwikłali się w trwające tydzień walki pozycyjne, w których kolejne szturmy załamywały się na krzyżowym ogniu polskich ckm-ów, zasiekach i zwalonych drzewach. Obrońcy z kolei tracili każdego dnia kolejne elementy systemu obronnego, aż zostali zepchnięci do obrony okrężnej wokół koszar.

Od pierwszego szturmu do nalotu Ju 87

Pierwsze natarcie ruszyło kilka minut po salwie pancernika i załamało się już około 6:20. Niemcy wpadli w zasadzkę ogniową, a odwrót okupili stratami rzędu kilkudziesięciu wyeliminowanych z walki żołnierzy. Drugi szturm tego samego dnia zakończył się podobnie – natarcie utknęło na zaporach inżynieryjnych, nie mogąc rozwinąć szyków w gęstym lesie.

Przełom przyszedł 2 września. Około 18:05 nad półwysep nadleciało blisko sześćdziesiąt bombowców nurkujących Ju 87 Stuka (z dywizjonów StG 1 i StG 2) i w ciągu dwudziestu minut zrzuciło około 26,5 tony bomb. Bezpośrednie trafienie bombą o masie 500 kg całkowicie zniszczyło wartownię nr 5 – zginęło w niej co najmniej sześciu obrońców, część źródeł mówi o ośmiu. Nalot zniszczył też wszystkie polskie moździerze, radiostację i znaczną część zapasów żywności. Od tego momentu załoga Westerplatte była odcięta od świata i pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia ogniowego artylerii.

Rozdźwięk między niemieckim planem a tym, co wydarzyło się naprawdę, jest osią poniższego materiału. Prowadzący rekonstruuje kolejne szturmy na składnicę i tłumaczy, dlaczego natarcia rozbijały się o obronę liczącą niespełna dwustu ludzi:

Ogień, płonące cysterny i ostatni szturm

Kolejne dni przyniosły zmianę taktyki. Niemcy zrezygnowali z frontalnych ataków piechoty na rzecz systematycznego ostrzału artyleryjskiego i prób wyparcia obrońców z lasu. Poniżej kalendarium tygodnia w skrócie.

DataKluczowe wydarzenia
1 wrześniaSalwa Schleswig-Holsteina, dwa szturmy piechoty morskiej – oba krwawo odparte
2 wrześniaKolejne natarcie i nalot ok. 60 Ju 87 – zniszczenie wartowni nr 5, moździerzy i radiostacji
3 wrześniaPrzerwa w natarciach piechoty, silny ostrzał nękający, obrońcy reorganizują pozycje
4 wrześniaAtak od strony wody – ostrzał z torpedowca T196 i trałowca Von der Groeben
5 wrześniaPierwsza narada oficerów o kapitulacji, decyzja o dalszej walce
6 wrześniaDwie nieudane próby podpalenia lasu przy użyciu wtoczonych na bocznicę cystern z materiałami łatwopalnymi
7 wrześniaSilne przygotowanie artyleryjskie od 4:30 do 7:00, szturm saperów z miotaczami ognia, biała flaga ok. 9:45

Próby z płonącymi cysternami z 6 września należą do najbardziej osobliwych epizodów obrony. Niemcy wtoczyli na bocznicę kolejową skład wagonów z substancją łatwopalną, licząc na wywołanie pożaru całego półwyspu. Za pierwszym razem maszynista odczepił wagony zbyt wcześnie i pociąg stanął w polu ostrzału, gdzie ogień z polskich ckm-ów i armaty 37 mm podziurawił płaszcze cystern. Zamiast ogromnej eksplozji, paliwo wyciekło i wypaliło się miejscowo. Za drugim razem pożar również nie objął dostatecznie dużego obszaru.

Ostateczny cios przyszedł rankiem 7 września. Po dwuipółgodzinnym przygotowaniu artyleryjskim i ataku saperów z miotaczami ognia zniszczono wartownię nr 2, a wartownie nr 1 i 4 poważnie uszkodzono. Około 9:45 nad koszarami pojawiła się biała flaga, a przed południem polska załoga złożyła broń.

Spór o kapitulację – mjr Sucharski i kpt. Dąbrowski

To najbardziej drażliwy wątek historii Westerplatte i jednocześnie ten, w którym najtrudniej o absolutną pewność. Przez dekady oficjalna wersja przypisywała całą zasługę dowodzenia majorowi Henrykowi Sucharskiemu. Od lat siedemdziesiątych narastała jednak inna interpretacja, według której dowódca załamał się nerwowo po nalocie z 2 września, a faktyczne kierowanie obroną przejął jego zastępca. Obie strony sporu opierają się na relacjach uczestników – i to jest sedno problemu, bo relacje te są sprzeczne, spisane po wielu latach i powstałe nierzadko w warunkach cenzury.

Argumenty za tezą o załamaniu dowódcy

Tę linię zapoczątkował dziennikarz Janusz Roszko, a najszerzej rozwinął ją Mariusz Wójtowicz-Podhorski w liczącej blisko siedemset stron monografii Westerplatte 1939. Prawdziwa historia z 2009 roku. Podobne wnioski formułował badacz dziejów Marynarki Wojennej, Mariusz Borowiak.

  • Incydent z białą flagą – według tej wersji Sucharski już 2 września nakazał zniszczenie szyfrów oraz wywieszenie białej flagi, a kpt. Dąbrowski osobiście ją zdjął i przywrócił rozkazy do walki.
  • Stan zdrowia majora – zwolennicy tezy wskazują na chorobę Sucharskiego i przypuszczalne napady padaczkowe, po których miał zostać odizolowany przez lekarza i przez pozostałe dni nie sprawować realnego dowództwa.
  • Milczenie oficerów – uczestnicy obrony mieli zawrzeć nieformalną umowę (tzw. pakt milczenia), że za życia nie ujawnią przebiegu konfliktu, by nie niszczyć narodowego symbolu.
  • Ingerencje cenzury PRL – Wójtowicz-Podhorski dowodzi, że w publikowanych powojennie wspomnieniach odgórnie zamieniano nazwiska Sucharskiego i Dąbrowskiego oraz usuwano fragmenty niewygodne dla oficjalnej narracji.

Argumenty obrońców majora

Po drugiej stronie sporu stoją między innymi dr Andrzej Drzycimski oraz historycy IPN. Ich zastrzeżenia nie sprowadzają się do obrony pomnika, lecz do metodologii badań historycznych.

  • Brak źródeł dokumentowych – nie zachował się żaden zapis z czasu walki potwierdzający odsunięcie dowódcy, a wszystkie ustalenia opierają się na powojennych, często sprzecznych wspomnieniach.
  • Skala tajemnicy – o rzekomym buncie i odsunięciu dowódcy musiałoby wiedzieć kilkadziesiąt osób, a mimo to przez dekady nie przedostał się on do żadnego niezależnego przekazu np. na emigracji.
  • Rozważanie kapitulacji nie jest tożsame z załamaniem – składnicę przygotowywano na dwanaście godzin oporu, a nie na tydzień. Rozważanie sensu dalszej walki po utracie moździerzy, łączności i wobec rosnącej liczby ciężko rannych było racjonalną kalkulacją oficera, nie przejawem tchórzostwa.
  • Współdziałanie zamiast rywalizacji – Drzycimski ujmuje to wprost, twierdząc, że Sucharski dowodził przy ogromnym udziale Dąbrowskiego i bez obu tych oficerów nie byłoby tak skutecznej obrony.

Warto pamiętać o kontekście formalnym armii. Różnica stopni wojskowych między majorem a kapitanem oznaczała, że przejęcie dowodzenia przez zastępcę wymagałoby albo formalnego przekazania obowiązków, albo aktu zbrojnej niesubordynacji – a żaden dokument takiego zdarzenia nie potwierdza. Sam Dąbrowski w wydanych w 1957 roku Wspomnieniach z obrony Westerplatte nie oskarżał przełożonego.

Niezależnie od tego, jak rozstrzygnie się ten spór historyków, nie zmienia on wojskowej oceny samej obrony. Pozycję przez siedem dni utrzymały szeregi żołnierzy, którzy o naradach w sztabie nie wiedzieli nic.

REKLAMA

Bilans, niewola i pamięć o Westerplatte

Militarne znaczenie obrony było ograniczone – składnica nie blokowała żadnego kluczowego szlaku komunikacyjnego, a jej upadek niczego w kampanii nie przesądzał. Ogromne znaczenie miała jednak wymowa polityczno-propagandowa. Komunikaty Polskiego Radia powtarzane w kolejnych dniach września informowały, że Westerplatte broni się nadal, i stały się dla walczącego kraju sygnałem, że opór ma sens.

Straty obu stron i legenda zawyżonych liczb

Polskie straty są dziś ustalone stosunkowo dobrze – poległo 15 obrońców (choć niektóre starsze źródła mówią o 20), a rannych zostało około czterdziestu do pięćdziesięciu. Pozostali dostali się do niewoli.

To właśnie krytyczny stan rannych, a nie brak amunicji, przesądził o zakończeniu obrony. Opiekę medyczną nad całą załogą sprawował jeden człowiek – kpt. lek. Mieczysław Słaby – a wraz z każdym kolejnym dniem ostrzału kurczyły się zapasy środków opatrunkowych i leków. Kapitulacja nastąpiła w momencie, gdy amunicji strzeleckiej starczyłoby jeszcze na dwa lub trzy tygodnie walki, ale nie było już czym opatrywać ciężko rannych ani jak zapobiec gangrenie. To odwraca potoczne wyobrażenie o „wystrzelaniu się” załogi i stawia decyzję Sucharskiego w zupełnie innym świetle – placówka nie została zmuszona do poddania się siłą wrogiego ognia, lecz sytuacją sanitarną, której nie dało się dłużej znieść.

Ze stratami niemieckimi jest inaczej i to właśnie tu narosło najwięcej mitów. Powojenna publicystyka podawała nawet 300 zabitych i do tysiąca rannych po stronie niemieckiej – współczesne badania oparte na zachowanych dokumentach niemieckich (m.in. prof. K. Komorowskiego czy dr. J. Marszalca) mówią o około 50 poległych i mniej więcej 150 rannych. Skala zawyżenia bierze się z sumowania szacunków polskich obserwatorów z pola walki, gdzie pojedyncze odparte natarcie piechoty łatwo przeliczyć w emocjach na dziesiątki zabitych, choć część nacierających jedynie zalegała pod ogniem lub odnosiła lżejsze rany. Realne proporcje i tak pozostają dla polskich obrońców niezwykle korzystne – tydzień walki związał zgrupowanie o wielokrotnie większym potencjale, które sami Niemcy nazwali potem „małym Verdun”.

Losy obrońców i szabla Sucharskiego

Po kapitulacji doszło do gestu, który zapamiętano po obu stronach frontu. Dowodzący siłami lądowymi gen. Friedrich-Georg Eberhardt w uznaniu bohaterskiej postawy załogi pozwolił mjr. Sucharskiemu zachować przy boku szablę oficerską (broń została mu jednak później odebrana w obozie jenieckim ze względów regulaminowych). Cała załoga trafiła do niemieckiej niewoli: oficerowie do oflagów, podoficerowie i szeregowi do stalagów.

Nie wszyscy przeżyli. Sierż. Kazimierz Rasiński, radiotelegrafista składnicy, został zamordowany przez Gestapo 12 września 1939 roku po brutalnym przesłuchaniu, podczas którego odmówił wydania polskich szyfrów radiowych. Jego postawa doskonale pokazuje, jaką wagę obie strony przywiązywały na polu walki do łączności i kryptologii.

Losy obu dowódców potoczyły się różnie. Sucharski przeszedł kolejne oflagi, a po uwolnieniu w 1945 roku dotarł do 2 Korpusu Polskiego we Włoszech – tego samego, który rok wcześniej zdobywał Monte Cassino. Objął dowództwo 6 Batalionu Strzelców Karpackich i zmarł 30 sierpnia 1946 roku w Neapolu na zapalenie otrzewnej. Jego prochy sprowadzono na Westerplatte w 1971 roku, a w listopadzie 2022 roku spoczęły na nowym Cmentarzu Żołnierzy Wojska Polskiego na półwyspie.

Kpt. Dąbrowski wrócił po wojnie do służby w Marynarce Wojennej, ale ze względu na przedwojenne pochodzenie i przeszłość został z niej wyrzucony w okresie stalinowskim, po czym popadł w skrajną biedę. Zmarł 24 kwietnia 1962 roku w krakowskim szpitalu na gruźlicę.

Siedem dni chwały jako symbol

Liczba siedmiu dni obrosła w Polsce niemal rytualnym znaczeniem, choć bywa przedmiotem sporu rachunkowego. Walki trwały od świtu 1 września do przedpołudnia 7 września, czyli w praktyce sześć pełnych dób i kilka godzin – zwyczajowo liczy się jednak dni kalendarzowe, stąd utrwalone „siedem dni”. Rozstrzyganie tego sporu na kalkulatorze mija się z celem, bo istotą jest stosunek planu do wykonania. Placówka miała trzymać się dwanaście godzin i zrobiła to czternastokrotnie dłużej.

Pamięć o obronie utrwaliły kolejne pokolenia. W październiku 1966 roku odsłonięto na półwyspie Pomnik Obrońców Wybrzeża, a 12 czerwca 1987 roku Jan Paweł II wygłosił tam do młodzieży przemówienie, w którym padło słynne zdanie o tym, że „każdy ma swoje Westerplatte”. Motyw „placówki, która się nie poddaje” wrócił potem w narracji o Powstaniu Warszawskim i stał się jednym z filarów polskiej pamięci o wojnie.

Dziś półwysep jest polem bitwy wpisanym na listę pomników historii, a prace archeologiczne wciąż dostarczają nowych ustaleń. Najgłośniejsze przyniósł wrzesień 2019 roku, kiedy archeolodzy Muzeum II Wojny Światowej odnaleźli na terenie składnicy mogiły ze szczątkami dziewięciu obrońców – większość zginęła 2 września w zbombardowanej wartowni nr 5.

Zespół genetyków sądowych pod kierunkiem dr. hab. Andrzeja Ossowskiego zidentyfikował siedmiu z nich, porównując DNA z materiałem żyjących krewnych. Wśród zidentyfikowanych znaleźli się plut. Adolf Petzelt, kpr. Bronisław Perucki, kpr. Jan Gębura (Gębury), st. strz. Władysław Okrasa i legionista Józef Kita.

Pochowano ich z honorami wojskowymi 4 listopada 2022 roku na nowym Cmentarzu Żołnierzy Wojska Polskiego na półwyspie – w tej samej ceremonii, w której spoczęły prochy mjr. Sucharskiego.

Obrona Westerplatte – najczęściej zadawane pytania

Czy ktoś przeżył obronę Westerplatte?

Tak, przeżyła zdecydowana większość załogi. Poległo 15 obrońców, a około 40–50 zostało rannych. Pozostali, czyli mniej więcej 155–185 ludzi, dostali się do niemieckiej niewoli i większość z nich doczekała końca wojny w obozach jenieckich.

Kto tak naprawdę dowodził obroną Westerplatte?

Formalnym dowódcą przez cały czas walk pozostawał mjr Henryk Sucharski. Część historyków twierdzi, że po nalocie z 2 września faktyczne kierowanie obroną przejął jego zastępca, kpt. Franciszek Dąbrowski. Inni badacze podważają tę tezę wobec braku dokumentów z czasu bitwy i wskazują na ścisłe współdziałanie obu oficerów. Spór do dziś nie został jednoznacznie rozstrzygnięty.

Co się stało z żołnierzami Westerplatte po kapitulacji?

Oficerowie trafili do oflagów, a podoficerowie i szeregowi do stalagów. Gen. Eberhardt, w uznaniu bohaterstwa, pozwolił mjr. Sucharskiemu zachować szablę oficerską (później mu ją odebrano). Radiotelegrafista, sierż. Kazimierz Rasiński, został zamordowany przez Gestapo 12 września 1939 roku, gdy odmówił wydania polskich szyfrów radiowych.

Ile dni walczyli obrońcy Westerplatte i ile mieli wytrzymać?

Plan wojskowy zakładał utrzymanie składnicy przez około dwanaście godzin, do nadejścia odsieczy z głębi kraju. Walki trwały od 1 do 7 września 1939 roku, czyli siedem dni kalendarzowych. Placówka broniła się więc czternastokrotnie dłużej, niż przewidywały to rozkazy.

Czy na Westerplatte padły pierwsze strzały II wojny światowej?

Nie do końca. Salwa z pancernika padła między 4:45 a 4:48, ale tego samego ranka Luftwaffe zaatakowała most w Tczewie (około 4:30), a prowokacje w ramach operacji „Himmler" rozegrały się już wieczorem 31 sierpnia. Westerplatte było natomiast pierwszym miejscem regularnej, wielodniowej walki polskiego wojska z niemieckim natarciem i stąd wzięła się jego symboliczna ranga.

POWIĄZANE_WPISY