BAS-3 // ONLINE
--:--:--
SEARCH // PORTAL BAS-3

ESC aby zamknąć · ↑↓ aby nawigować

Żołnierz w hełmie i kamuflażu klęczy na dachu budynku, w jednej ręce trzyma uniesioną antenę satelitarną, drugą przykłada do ucha słuchawkę radiostacji
◆ PORTAL BAS-3

Fot. Staff Sgt. Clay Lancaster, US Air Force / Wikimedia Commons , licencja domena publiczna

Piotr „Soyers” Soyka – komandos z Lublińca, który w Afganistanie łączył niebo z ziemią

Autor: · · 19 min czytania
◆ Również w: Komandosi

Dzień po powrocie z jednej z najgorszych operacji, jakie przeżył w Afganistanie, Piotr „Soyers” Soyka poszedł do amerykańskiego centrum operacyjnego w bazie Szarana. Chciał zapytać, dlaczego ktoś odwołał mu przelot bombowca, o który prosił, prowadząc przemoczony i oblepiony gliną oddział przez wioskę pełną zwolenników talibów. Otworzył drzwi, a siedzący tam Amerykanie wstali i zaczęli bić brawo. W drodze powrotnej powiedział przez radio, co myśli o decyzji dowódcy bazy – nie wiedząc, że słyszy to sam dowódca. W Jednostce Wojskowej Komandosów Soyka spędził ponad 21 lat, w Afganistanie był dziesięć razy, a od 2009 roku odpowiadał za to, żeby samoloty i śmigłowce nad polskimi komandosami robiły dokładnie to, czego potrzebują ludzie na ziemi.

Kim jest Piotr „Soyers” Soyka

To starszy chorąży rezerwy, były operator Zespołu Bojowego A Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca i wysunięty nawigator naprowadzania lotnictwa (JTAC). W wywiadach występuje najczęściej jako Piotr Tomasz „Soyers”, a pod nazwiskiem przedstawiły go Polsat i Interia przy okazji programu „Siły Specjalne Polska”.

Chłopak ze wsi na Pomorzu

Pochodzi z małej wsi na Pomorzu i sam tak o sobie mówi – „chłopak ze wsi”. O wojsku myślał od podstawówki. Czytał wszystkie książki o II wojnie światowej, jakie znalazł, a na lekcjach rysował czołgi i samoloty. Potem przyszły filmy ze Stallone’em i Schwarzeneggerem.

Im więcej jednak wiedział o polskiej armii lat 90., tym mniej mu się podobała. Kuzyn wrócił z marynarki wojennej z opowieściami o fali, koledzy mówili to samo. W liceum zaczął więc przygotowywać się do egzaminów na prawo. Zdał je, ale zabrakło dla niego miejsca.

Równolegle regularnie zjawiał się w wojskowej komendzie uzupełnień. Przeszedł badania do szkoły oficerskiej, szkoły chorążych, marynarki wojennej, a także na skoczka spadochronowego i płetwonurka. Oficer, który go przyjmował, pytał w końcu tylko: „Co teraz wymyśliłeś?”.

Bilet do Lublińca

Po maturze postanowił najpierw odbyć zasadniczą służbę wojskową i sprawdzić, czy wojsko w ogóle jest dla niego. Postawił jeden warunek: ma to być jednostka, w której czegoś się nauczy. O JW GROM wtedy nie myślał, ponieważ jednostka ta podlegała MSWiA i formalnie nie wchodziła w skład sił zbrojnych. Komandosi kojarzyli mu się z Krakowem i Bielskiem-Białą.

Chłopcy z Pomorza dostawali bilety do Ustki, Gdyni albo na Hel. Jemu też zaproponowano Ustkę. Zaprotestował, że chce na drugi koniec Polski, do komandosów. Urzędnik postukał długopisem w blat i odparł, że skoro tak, to pojedzie do Lublińca. Soyka nie wiedział, gdzie to jest. Na ściennej mapie zobaczył punkt za Częstochową i usłyszał, że to „jednostka specjalna”, z której idzie się do komandosów.

Koledzy uznali, że musiał coś przeskrobać, bo tak daleko wysyłano za karę. W nocy 4 marca 1997 roku wsiadł w Wejherowie do pociągu, a 5 marca stawił się w 1. Pułku Specjalnym Komandosów. W wagonie konduktor zebrał w jedną grupę pięciu poborowych z tym samym kierunkiem.

Unitarka, powódź i kompania płetwonurków

Pierwszym szokiem były przekleństwa. W domu przeklął raz, w podstawówce, i dostał za to od ojca. Liczył, że rano zamiast krzyczących kaprali przyjdzie kadra i zapanuje kultura. Przyszła kadra i było jeszcze gorzej. W pierwszym liście do matki napisał, że wszędzie, gdzie idzie, biegnie.

Jako maturzysta trafił do plutonu podoficerskiego na czteromiesięczne szkolenie, a po nim do kompanii dywersyjnej. W lipcu 1997 roku nocami nosił worki z piaskiem na wały podczas powodzi tysiąclecia. Później przeszedł do kompanii płetwonurków i tam – jak wspomina – zaczęło mu się podobać.

Po 15 miesiącach zasadniczej służby wojskowej został na służbę nadterminową, a następnie zawodową. Do rodzinnej wsi nie chciał wracać, bo nie widział tam dla siebie perspektyw. Zakładał, że odsłuży 15 lat, do pierwszych uprawnień emerytalnych, i odejdzie. Został ponad sześć lat dłużej.

FIG_01 // VISUAL_REF
Żołnierz w hełmie i kamuflażu klęczy na dachu budynku, w jednej ręce trzyma uniesioną antenę satelitarną, drugą przykłada do ucha słuchawkę radiostacji
Zdjęcie poglądowe: amerykański żołnierz zespołu naprowadzania lotnictwa nawiązuje łączność z samolotami, prowincja Kunar w Afganistanie, lipiec 2012 roku. Tę samą funkcję w polskich siłach specjalnych pełnił Piotr „Soyers” Soyka.Fot. Staff Sgt. Clay Lancaster, US Air Force / Wikimedia Commons (domena publiczna)

Od 1. Pułku Specjalnego do Jednostki Wojskowej Komandosów

Soyka trafił do Lublińca w chwili, gdy pułk był jeszcze jednostką z poboru. Odchodził z formacji, którą sojusznicy zapraszali do najtrudniejszych zadań. Tę przemianę, opisaną szerzej w tekście o Jednostce Wojskowej Komandosów, oglądał od środka.

„Ludzie tworzą jednostkę, nie nazwa”

Przez całą służbę był związany z Zespołem Bojowym A. Z biegiem lat zebrał zestaw kwalifikacji, które sam wymienia w tej kolejności:

  • płetwonurek bojowy i skoczek spadochronowy – jeszcze z czasów kompanii płetwonurków,
  • instruktor strzelania bojowego i taktyki – uprawnienia zdobyte w JWK,
  • wysunięty nawigator naprowadzania lotnictwa – od 2009 roku,
  • kurs planowania operacji specjalnych – w amerykańskim Joint Special Operations University,
  • szkolenia zagraniczne – walka w pomieszczeniach w Grafenwöhr w Niemczech i walka w dżungli w Manaus w Brazylii.

Był też mentorem chorwackich sił specjalnych przed ich wyjazdem do Afganistanu.

Propozycję przejścia do GROM-u dostał w Afganistanie. Namawiał go dawny kolega z Lublińca, który przeniósł się do Warszawy, a na jedną z rozmów przyprowadził nawet szefa szkolenia swojej jednostki. Soyka odmówił. Tłumaczył, że w Lublińcu ma świetnych ludzi, coraz lepsze szkolenie i porządny sprzęt, więc nie widzi powodu do zmiany.

– To ludzie tworzą jednostkę, nie nazwa – mówił w rozmowie z Tomaszem Drwalem. O rywalizacji obu formacji mówi bez emocji: jego zdaniem brała się częściej z ambicji dowódców niż z niechęci operatorów, a podobne napięcia Amerykanie opisywali mu na przykładzie Delta Force i Navy SEALs.

Dziesięć zmian w Afganistanie

Na wojnie w Afganistanie spędził łącznie ok. pięciu lat. Pierwszy raz poleciał tam w 2004 roku, ostatni – w styczniu 2017 roku, od razu na dwie zmiany z rzędu. Nie wszystkie wyjazdy da się dziś dokładnie umiejscowić w czasie, ale z jego relacji wyłania się następujący obraz.

OkresMiejsceCo robił
2004Bagram, Kabulpierwsza zmiana z Lublińca, która zastąpiła tam GROM; kierowca drugiego wozu w kolumnie cywilnych samochodów
2007Szaranapierwsza zmiana w ramach ISAF; kilkudniowe patrole na przerabianych Humvee
2009Polskakurs wysuniętych nawigatorów naprowadzania lotnictwa
piąta zmianaGhazni, Warrior, SzaranaJTAC przydzielony do Zespołu Bojowego C
2013–2014Ghazniostatnie zmiany ISAF; powrót z ostatnią grupą w 2014 roku
2016–2017Kandaharmisja Resolute Support; operacje z afgańskimi siłami specjalnymi

Największym wstrząsem była pierwsza zmiana. Z poligonów w Polsce trafił do Bagram – bazy wielkości miasta, z której samoloty i śmigłowce startowały bez przerwy. Polacy jeździli wtedy po Kabulu cywilnymi samochodami, w czterowozowych kolumnach, a każdy manewr mieli przećwiczony tysiące razy.

W 2007 roku w Szaranie dostali Humvee praktycznie bez osłony od spodu. Operatorzy zbierali więc płyty i inne elementy na amerykańskim złomowisku i sami dozbrajali wozy. Amerykanie najpierw zrobili z tego aferę, potem sfotografowali przeróbki i pozwolili nimi jeździć. Gdy Soyka wracał do kraju, do Afganistanu docierały fabryczne Humvee dla sił specjalnych – z obudowanymi burtami i drugim stanowiskiem strzelca z tyłu, czyli bardzo podobne do tego, co Polacy zbudowali sami.

W sumie wziął udział w ponad 200 operacjach specjalnych. W 2014 roku wracał z ostatnią zmianą ISAF. Na lotnisku zapytał witającego ich dowódcę jednostki, płk. Wiesława Kukułę, kiedy wracają do Afganistanu. Usłyszał, że nic o tym nie wiadomo. Rok później JWK poleciała tam ponownie.

REKLAMA

JTAC – łącznik nieba z ziemią

Najważniejszą specjalnością Soyki stało się naprowadzanie lotnictwa. Ktoś nazwał go kiedyś człowiekiem, który „łączy niebo z ziemią”, i to określenie zostało.

Kurs, na który można pójść tylko na ochotnika

JTAC (Joint Terminal Attack Controller) to żołnierz, który z ziemi koordynuje ataki samolotów i śmigłowców, czyli zarządza bezpośrednim wsparciem lotniczym (CAS – Close Air Support). W polskiej nomenklaturze nazywa się go wysuniętym nawigatorem naprowadzania lotnictwa. Soyka uważa tę nazwę za mylącą: nawigator nawiguje, a JTAC kontroluje atak i zarządza całą przestrzenią powietrzną nad operacją.

Polska armia odkryła tę potrzebę późno, dopiero w Iraku i Afganistanie. Amerykanie stawiali sprawę jasno: bez własnego kontrolera oddział nie wezwie ani wsparcia ogniowego, ani śmigłowca po rannych.

W 2009 roku dowódca zespołu zaproponował mu kurs. Soyka nie był pewien, czy się nadaje. Usłyszał, że tak, bo lubi pracować samodzielnie. Według amerykańskich standardów kontrolerem może zostać tylko ochotnik – odpowiedzialność za zrzucenie bomby, która waży tonę i może zmieść pół wioski, jest zbyt duża, żeby kogokolwiek do niej zmuszać. Najpierw zdał egzamin z angielskiego na trzecim poziomie, potem ukończył kurs i odtąd na każdą operację wychodził z dwiema radiostacjami.

Dwa radia i ręka pod słuchawką

W siłach specjalnych JTAC nie siedzi w sztabie, tylko idzie z zespołem. W jednej słuchawce słyszy kolegów i dowódcę mówiących po polsku, w drugiej pilotów mówiących po angielsku. Bywa, że obie transmisje nakładają się na siebie. Soyka wkładał wtedy dłoń pod jedną słuchawkę, żeby lepiej słyszeć komunikaty z drugiej.

Na nocne operacje wychodził możliwie lekko. Jego stały zestaw wyglądał tak:

  • siedem magazynków – trzy na kamizelce, trzy na pasie i jeden w karabinku,
  • dwie radiostacje – jedna do rozmów z zespołem, druga do łączności z lotnictwem,
  • laserowy wskaźnik celu na broni – obok celownika i latarki,
  • granat dymny – do oznaczenia własnej pozycji,
  • dwie stazy taktyczne (opaski uciskowe) – jedna na kamizelce, druga w nogawce, tak żeby sięgnąć do nich każdą ręką, na stojąco i na leżąco,
  • mapa, kompas i GPS – wszystko przywiązane sznurkiem do pasa, żeby nie zgubić niczego, gdy trzeba rzucić mapę i strzelać.

Podczas jednego ze szturmów rozmawiał ze śmigłowcami AH-64 Apache, próbując namierzyć strzelających talibów. Nagle coś zdmuchnęło go z drogi do rowu i przygniotło. Myślał, że runęła ściana. To był kolega z zespołu, który zobaczył, że kontroler jest pod ostrzałem i zajęty obsługą radia w ogóle tego nie zauważa.

Medyk pilnuje kontrolera: po tej akcji zespół wprowadził stałą zasadę. Ratownik medyczny, który i tak idzie z grupą, ma obserwować JTAC-a i w razie potrzeby złapać go za oporządzenie i wciągnąć za róg albo położyć na ziemi. Kontroler słucha dwóch radiostacji, patrzy na mapę i współrzędne, więc może po prostu nie zauważyć, że ktoś do niego strzela.

Ile celów zniszczyły naprowadzane przez niego samoloty? Na to pytanie nie odpowiada. Mówi, że nie ma się czym chwalić, bo nigdy nie jechał na misję po to, żeby kogoś zabić. Dla sił specjalnych sama wymiana ognia oznacza, że operacja poszła źle. Najlepsza jest taka, w której przeciwnik nie zdąży wykonać żadnego ruchu.

F-15 nad zasadzką

Nie znaczy to, że unikał decyzji. W bazie Warrior przez kilka tygodni zastępował JTAC-a z wojsk konwencjonalnych, który jeszcze nie dotarł z nową zmianą. Trzy razy wzywał samoloty i trzy razy nowy dowódca w ostatniej chwili zakazywał ich użycia. Za trzecim razem Soyka rzucił radiem i wyszedł z centrum dowodzenia.

Wrócił pod jednym warunkiem: wezwane lotnictwo ma wspierać, a nie krążyć i oglądać, kto do kogo strzela. Niedługo potem talibowie przygotowali zasadzkę na polski konwój. Nad tym miejscem był już amerykański F-15, cel został potwierdzony, a dowódca wyraził zgodę. Gdy samolot wchodził do ataku, szef sztabu krzyknął, że nie wolno. Dowódca kazał odwołać. Soyka – jak sam opowiada – uznał, że jest za późno, odwrócił się do radia i wydał pilotowi zgodę na użycie uzbrojenia (tzw. cleared hot).

Nikt nie zadzwonił z pretensjami. Dowódca nabrał pewności i w kolejnych tygodniach korzystał z lotnictwa bez wahania.

Operacje w Afganistanie – od Szarany po Kandahar

Większość z ponad 200 operacji wyglądała podobnie: mały oddział pojawiał się nocą na zapleczu przeciwnika, zatrzymywał ważnego dowódcę talibów albo niszczył skład broni i znikał. Różniły się sposobem dotarcia na miejsce – i tym, co poszło nie tak.

Noc pod Szaraną

Podczas piątej zmiany Soyka był kontrolerem w Zespole Bojowym C. Amerykanie poprosili o pomoc: ich konwoje za każdym razem były ostrzeliwane w tej samej wiosce, a napastnicy uciekali na motocyklach. Plan zakładał, że komandosi wylądują nocą, przejdą dwie godziny pieszo i zamkną drogi ucieczki, zanim konwój nadjedzie.

Prognoza była dobra. Tymczasem zaczęło kropić, potem lunęło, temperatura spadła w okolice zera i zerwał się wiatr. Pola z wyschniętej gliny zamieniły się w lodowate rozlewiska. Wszyscy się przewracali, broń oblepiała glina. Konwój ugrzązł i zawrócił, operację odwołano. Śmigłowce dwa razy próbowały wystartować po żołnierzy i dwa razy nie dały rady.

Trzeba było wracać pieszo. Soyka oddał zapasową kurtkę Amerykaninowi, który trząsł się w samej bluzie bojowej. Po drodze oddział sforsował głębokie koryto z wodą po pas. Kiedy wszyscy wyszli na drugi brzeg, kontroler popatrzył na karabiny i ocenił, że sprawny jest może co piąty, a może co dziesiąty.

Wezwał wsparcie. Po kilku minutach zgłosił się bombowiec B-1B. Przed oddziałem leżała duża wioska, której nie dało się obejść. Soyka poprosił pilota o pokaz siły (ang. show of force), czyli niski przelot z hukiem. Amerykański kontroler w bazie odwołał manewr – dowódca bazy nie chciał „drażnić talibów”.

– A kim jest dowódca bazy? Przecież to dowódca sił na ziemi wydaje rozkaz – rzucił Soyka do radia, dodając kilka słów nienadających się do druku. Pilot zszedł jednak na tyle nisko, że samolot było słychać. Wystarczyło. Oddział przeszedł przez wioskę obserwowany przez mieszkańców i nikt nie strzelił. Skąd wzięły się oklaski w amerykańskim centrum operacyjnym, dowiedział się dzień po powrocie do bazy.

Talibski „gubernator cieni” z Ghazni

Za największy sukces jednostki – obok uwalniania zakładników – uważa zatrzymanie tzw. talibskiego gubernatora cieni (ang. shadow governor), czyli człowieka, który – jak mówi – kierował podziemną administracją w prowincji Ghazni. Nie znaleźliśmy publicznego komunikatu wojska, który podawałby nazwisko zatrzymanego. Według Soyki Amerykanie próbowali go ująć trzy razy, a GROM – jak mu się wydaje – raz. JWK udało się to za pierwszym podejściem.

Przygotowania trwały tydzień. Baza była obserwowana, więc wojska konwencjonalne przez tydzień wyjeżdżały na patrol o tej samej porze, żeby talibowie uznali to za rutynę. Któregoś wieczoru do wozów wsiedli operatorzy, którzy mieli po cichu otoczyć dom. Grupa szturmowa czekała w śmigłowcach z wyłączonymi silnikami i wystartowała dopiero wtedy, gdy pierścień się zamykał.

Z tej nocy Soyka zapamiętał coś jeszcze. Siedząc w ciemnym, cichym śmigłowcu, poczuł zapach truskawek i przez chwilę miał wrażenie, że jest we własnym ogrodzie, po którym biega młodsza córka. Tłumaczy to sobie tak, że mózg pracujący przez wiele godzin na najwyższych obrotach nie umie się po prostu zatrzymać i sam znajduje sobie zajęcie.

Policyjne wozy zamiast śmigłowców

Inną operację, z 2016 albo 2017 roku, Amerykanie przekazali Polakom w przekonaniu, że ci odmówią. Talibowie mieli spotkać się w gęstej zabudowie na obrzeżach Kandaharu. Śmigłowiec nie miał tam gdzie wylądować, a przejazd z bazy oznaczał kilkadziesiąt kilometrów zaminowanych dróg i posterunki policji, która często ostrzegała talibów.

Soyka zaproponował, żeby postąpić odwrotnie, niż wszyscy się spodziewają. Komandosi polecieli śmigłowcami daleko na przeciwną stronę miasta. Tam czekali afgańscy policjanci, którzy nie znali celu wyjazdu. Polacy z zasłoniętymi twarzami wsiedli do ich policyjnych wozów i wjechali do Kandaharu od strony, z której nikt nie oczekiwał wojska.

Na posterunku policjanci poświecili latarkami i przepuścili kolumnę. Soyka leżał z tyłu na pace z wysuniętą anteną i słuchał, jak załoga samolotu AC-130 melduje mijane punkty kontrolne. Uczestników spotkania zatrzymano. Nie mieli nawet broni.

Strata, której nie da się zapomnieć

Talibowie też się uczyli. Latem 2013 roku Soyka kończył zmianę, ale na prośbę nowego dowódcy został w Afganistanie jeszcze ponad miesiąc. Przed odlotem rozmawiał z Mirosławem „Mironem” Łuckim o tym, co każdy z nich chce robić dalej.

Niedługo potem dowiedział się, że Miron nie żyje. Jak opowiada, informacja o składzie broni była przynętą, a obiekt wysadzono drogą radiową, gdy zespół do niego podszedł. Podczas jednej z wcześniejszych, zimowych operacji jego własna grupa przeszła po ładunku z zapalnikiem naciskowym ukrytym pod progiem. Nie wybuchł, bo ziemia zamarzła.

Mimo to o przeciwniku mówi z szacunkiem. – Nie czułem żadnej nienawiści do talibów. Robiłem swoją robotę i wiedziałem, że oni robią swoją. Po prostu się okaże, kto jest lepszy – wspominał w rozmowie ze Strefą 44.

Odbicie zakładników w 2017 roku

Najgłośniejszą operacją jego ostatniej tury było uwolnienie 11 Afgańczyków przetrzymywanych przez talibów. MON poinformowało o niej 30 maja 2017 roku. On sam odpowiadał w niej za całe lotnictwo.

Więzienie 120 km od bazy

Zakładników trzymano w zabudowaniach w środku wioski kontrolowanej przez talibów, ok. 120 km od bazy i daleko od jakichkolwiek sił koalicji. Według Soyki było wśród nich sześciu członków starszyzny, która nie chciała współpracować z talibami, oraz żołnierze, policjant i funkcjonariusze straży granicznej. Na mundurowych wydano już wyroki śmierci, a pokazowa egzekucja miała się odbyć w ciągu dwóch–trzech dni.

Polaków było kilkunastu – działali w ramach zespołu doradczego SOAT-50 (Special Operations Advisory Team), którego główne siły stacjonowały w Kandaharze. Reszta sił to Afgańczycy z policyjnej jednostki antyterrorystycznej ATF-444 (Afghan Territorial Force 444), których trzeba było przygotować tak, żeby do ostatniej chwili nie wiedzieli, dokąd lecą. Na ziemi wyklejono taśmami makietę budynków i ćwiczono wyjście ze śmigłowców: kto wybiega pierwszy i do której ściany.

Przez dwa–trzy dni bezzałogowce krążyły nad wskazanym miejscem i nie pokazały niczego, co potwierdzałoby, że to więzienie. Dowódca mimo to zdecydował o akcji.

Brama, która była otwarta

Według Soyki oddział przerzuciły śmigłowce MH-47G z amerykańskiego 160. Lotniczego Pułku Operacji Specjalnych (160th SOAR), osłaniane przez Apache i samolot AC-130. Oficjalne komunikaty mówiły tylko o wsparciu lotnictwa USA. Piloci proponowali lądowanie na dachu. Zrezygnowano z tego w obawie, że podmuch wirników strąci Afgańczyków z niskich budynków.

Soyka chciał też, żeby AC-130 tuż przed lądowaniem wybił przejście w glinianym murze. Przełożeni się nie zgodzili – nie było pewności, że to właściwy obiekt. Umówił się więc z załogą na wariant awaryjny: jeśli wejścia nie będzie, oddział się cofnie, a samolot uderzy w ścianę.

Nie było to potrzebne. Brama istniała i była otwarta. Śmigłowce leciały tuż nad ziemią, drugi o mało nie zderzył się z drzewem niewidocznym na zdjęciach i musiał podejść jeszcze raz. Talibowie otworzyli ogień, Soyka naprowadzał Apache i w biegu wpadł do głębokiego rowu, z którego wyciągnęli go koledzy. Zakładników uwolniono bez strat własnych.

O tym, jak wygląda odbijanie zakładników i ile kosztuje w takiej akcji jeden błąd, Soyka opowiada w rozmowie na kanale STREFA 44.

Oficjalny komunikat różnił się od tej relacji w szczegółach. Minister obrony mówił o prowincji Helmand, o dwóch żołnierzach, czterech policjantach i pięciu cywilach więzionych od czterech miesięcy oraz o tym, że Polacy głównie przygotowali operację i wspierali Afgańczyków. Soyka mówi wprost, że tak miało to wyglądać na papierze. Za tę akcję otrzymał Kordzik Honorowy Wojsk Specjalnych.

Po wojsku – POL SOF Academy, rogatywka i telewizja

Na ostatnią, roczną turę leciał już z decyzją, że odchodzi. Przygotowywał się do tego dwa lata. Tłumaczy, że był zmęczony i że trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny – inaczej zostaje się w wojsku, „aż PESEL wyrzuci”.

Szkolenia dla cywilów i służb

W 2018 roku założył firmę POL SOF Academy, w której jest głównym instruktorem. Uczy strzelania bojowego z pistoletu i karabinka, prowadzi kursy obrony domu, a dla wojska i służb – autorskie szkolenie z planowania operacji specjalnych. Jak mówi, prowadził je m.in. w swojej dawnej jednostce, w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i w Żandarmerii Wojskowej. Firmom oferuje zajęcia z zarządzania zespołem, ryzykiem i stresem.

Jeszcze w mundurze pytał dowódcę, kiedy komandosi zaczną szkolić Polaków, skoro od lat szkolą Afgańczyków. Usłyszał wtedy, że jest taki plan – chodziło o przyszłe Wojska Obrony Terytorialnej. Dziś powtarza kursantom stare powiedzenie, że lepiej być wojownikiem w ogrodzie niż ogrodnikiem na wojnie.

Najczęstszy zarzut, jaki słyszy, brzmi: polscy żołnierze byli w Afganistanie najemnikami. Odpowiada porównaniem. Ktoś, kto całe życie uczy się budować mosty, ale żadnego nie zbudował, jest teoretykiem. Armia, która nie walczy, nie wie, czy jej sprzęt, łączność i procedury w ogóle działają – i lepiej, żeby dowiadywała się tego jak najdalej od własnych granic.

Rogatywka polowa

Jest też autorem nakrycia głowy, które nosi dziś część polskich żołnierzy. Na zagranicznych szkoleniach zauważył, że Amerykanie, Węgrzy czy Słowacy mają własne czapki polowe, a Polacy stają na zbiórce w bejsbolówkach. Beret nie chroni ani przed słońcem, ani przed deszczem, a po ulewie przez kilka godzin oddaje wodę.

Żołnierka w mundurze polowym i rogatywce polowej z orłem klęczy na skraju leśnej drogi z karabinkiem Grot, za nią żołnierze z plecakami
Rogatywka polowa w obecnej, wojskowej wersji: żołnierka 5. Mazowieckiej Brygady Obrony Terytorialnej podczas ćwiczeń z żołnierzami amerykańskimi w Bemowie Piskim, 20 października 2022 roku. To nie prototyp Soyersa, tylko czapka wprowadzona później przez wojsko.Fot. U.S. Army National Guard, Staff Sgt. Matthew Foster / Wikimedia Commons, domena publiczna

Zaprojektował więc lekką rogatywkę z daszkiem, wzorowaną na czapce z 1937 roku, i zlecił uszycie prototypów firmie z Lublińca. Projekt nazwany „Rogatywka 2015” testowano w JWK, a o pomyśle pisała wtedy Interia. W tym samym roku redakcja „Polski Zbrojnej” nagrodziła Soyersa Buzdyganem. Pomysł poparł dowódca jednostki, a jeden egzemplarz trafił do ministra obrony. Z firmą, która szyła prototypy, wojsko się nie porozumiało i zleciło produkcję komuś innemu. Jak mówi Soyka, czapka, którą noszą dziś m.in. żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej, jest wzorowana na jego projekcie. Jako twórcę nowej wersji rogatywki polowej przedstawiał go też Polsat.

„Siły Specjalne Polska” i cena służby

We wrześniu 2024 roku Polsat rozpoczął emisję programu „Siły Specjalne Polska”, w którym Soyka był jednym z czterech instruktorów. Na plan pojechał przeziębiony i chciał zrezygnować. Wspomina, że produkcja dała instruktorom wolną rękę, a dwa odcinki ostatecznie nie trafiły na antenę.

O kosztach służby mówi otwarcie. Po jednej ze zmian w jednostce rozpadło się osiem małżeństw. Sam, jak mówi, też przez to przeszedł. Za najtrudniejsze zadanie, którego – jak przyznaje – nie wykonał tak, jak by chciał, uważa bycie dobrym ojcem.

Od lat pisze wspomnienia, część jeszcze z czasów służby, z niektórych zmian ma zapiski dzień po dniu. Nie chce oddać ich w ręce zawodowego autora, bo wtedy nie byłyby jego. Książki na razie nie ma. Jest za to rower, konie i podróże – oraz odpowiedź na pytanie, czego nauczyła go wojna: szacunku do życia i doceniania prostych rzeczy.

Piotr „Soyers” Soyka – najczęściej zadawane pytania

W jakiej jednostce służył Soyers?

Przez całą służbę był związany z Lublińcem – najpierw z 1. Pułkiem Specjalnym Komandosów, do którego trafił z poboru 5 marca 1997 roku, a potem z powstałą z niego Jednostką Wojskową Komandosów. Służył w Zespole Bojowym A i odszedł po ponad 21 latach jako starszy chorąży.

Czym zajmuje się JTAC w siłach specjalnych?

JTAC, czyli wysunięty nawigator naprowadzania lotnictwa, koordynuje z ziemi ataki samolotów i śmigłowców oraz zarządza całym ruchem w powietrzu nad operacją. W siłach specjalnych idzie w teren razem z zespołem. Soyers pełnił tę funkcję od 2009 roku.

Ile razy Soyers był w Afganistanie?

Dziesięć razy, łącznie przez ok. pięć lat. Pierwszy raz w 2004 roku, ostatni w 2017 roku, kiedy odbył dwie zmiany z rzędu. Brał udział w ponad 200 operacjach specjalnych.

Na czym polegała operacja odbicia zakładników w 2017 roku?

Polscy i afgańscy komandosi, przerzuceni amerykańskimi śmigłowcami, uwolnili 11 Afgańczyków więzionych przez talibów w kontrolowanej przez nich wiosce. MON poinformowało o akcji 30 maja 2017 roku. Soyers koordynował w niej wsparcie lotnicze i otrzymał za nią Kordzik Honorowy Wojsk Specjalnych.

Czy Soyers napisał książkę?

Nie. Mówi, że dużą część wspomnień ma już spisaną, ale chce dokończyć je sam, bez udziału zawodowego autora, i nie podaje terminu. Jego relacje są dostępne w kilku długich wywiadach wideo.

Źródła

▸ POWIĄZANE_WPISY