BAS-3 // ONLINE
--:--:--
SEARCH // PORTAL BAS-3

ESC aby zamknąć · ↑↓ aby nawigować

Operatorzy w hełmach i kamuflażu klęczą z karabinkami na mokrym nabrzeżu portu, za nimi zacumowane irackie pogłębiarki i dźwigi portowe
◆ PORTAL BAS-3

Fot. PH1 (SW) Arlo Abrahamson, US Navy / Wikimedia Commons , licencja domena publiczna

Andrzej K. „Kisiel” – operator wodnego zespołu GROM-u, który przyjaźnił się z Chrisem Kyle’em

Autor: · · 16 min czytania
◆ Również w: Komandosi

W jednym z irackich domów, w którym operatorzy GROM-u mieli zatrzymać terrorystów, sekcja szturmowa nikogo nie zastała. Pozostało przeszukanie. Kolega podpowiedział Andrzejowi „Kisielowi”, żeby zajrzał za wiszący zegar, bo tam często ukrywano różne rzeczy. Kisiel odsunął zegar i zobaczył kabelki. Kazał wszystkim natychmiast opuścić budynek, a sam został z rękami przy zegarze, bo bał się, że najmniejszy ruch może naciągnąć przewód. Przez kilka minut czekał na amerykańskiego sapera (EOD) i, jak wspomina, robił w tym czasie rachunek sumienia. Ładunku nie było. Przez 13 lat służby w JW GROM Kisiel zebrał sporo takich historii i jako jeden z pierwszych operatorów jednostki opisał je w książce.

Kim jest Andrzej „Kisiel”

Andrzej K. „Kisiel” to były operator zespołu wodnego JW GROM, starszy chorąży sztabowy rezerwy, uczestnik czterech zmian bojowych w Iraku i misji w Afganistanie. W GROM-ie służył przez 13 lat, począwszy od 1997 roku. Wcześniej ukończył Szkołę Chorążych w Poznaniu i przez dwa lata służył w 1. Pułku Specjalnym Komandosów w Lublińcu. Specjalizował się w medycynie pola walki, działał w sekcji szturmowej, a przez pewien czas służył też w wydziale łączności i zabezpieczenia.

Do dziś nie ujawnia nazwiska. W 2012 roku wraz z Marcinem Rakiem wydał wspomnienia „Trzynaście moich lat w JW GROM”, a w ostatnich latach opowiada o służbie w podcastach.

Czasopismo „Komandos” i dwie przysięgi

Pochodzi z wielkopolskiej wsi. Jak mówi, rodzice praktycznie od jego narodzin wiedzieli, że zostanie żołnierzem. Jedyną konkurencją dla munduru była piłka nożna, w którą grał całkiem nieźle. O wojskach specjalnych przeczytał w miesięczniku „Komandos”, na który czekał co miesiąc w kiosku.

Trafił do liceum wojskowego, a kiedy w ramach restrukturyzacji sił zbrojnych rozwiązywano tego typu placówki, przeniósł się do Szkoły Chorążych w Poznaniu. Był to czas transformacji, dlatego przysięgę składał dwa razy – najpierw według starej roty, potem według nowej. Najważniejsza różnica była dla niego taka, że w nowej na końcu można było powiedzieć „Tak mi dopomóż Bóg”.

Pluton specjalny i bordowy beret

W szkole przeszedł pierwszą w życiu selekcję. Spośród pierwszoroczniaków wybrano do plutonu specjalnego dwudziestu kilku chłopaków. Po pół roku dostali bordowe berety, noszone wtedy przez żołnierzy wojsk powietrznodesantowych i kompanii specjalnych okręgów wojskowych, oraz noże, które mogli nosić na terenie szkoły. Pluton strzelał więcej niż inne pododdziały, używając niemal wszystkich dostępnych rodzajów broni strzeleckiej, głównie różnych wersji karabinków z rodziny AK.

Kisiel wspomina też, że jego pluton szkolono jeszcze według doktryny Układu Warszawskiego. Polskie wojska specjalne miały wtedy działać na tzw. Froncie Nadmorskim, czyli w Danii i w północnych Niemczech. Mówi o sobie, że jest jednym z ostatnich „dinozaurów”, którzy znają techniki przygotowywane na tamten kierunek.

Lubliniec w 1995 roku

Po szkole trafił do Lublińca, do jednostki znanej dziś jako Jednostka Wojskowa Komandosów. Na świadectwie miał wpisaną specjalność wojskową „dowódca grupy specjalnej”. Pierwsze uposażenie, jak pamięta, wynosiło z dodatkiem spadochronowym około 860 złotych, a później 980–1000 złotych.

Z tamtych lat zostało mu przekonanie, że „stara szkoła” nie była zła. Taktyka zielona, topografia i terenoznawstwo, których nauczył się w Poznaniu i w Lublińcu, przydały mu się później w GROM-ie.

FIG_01 // VISUAL_REF
Operatorzy w hełmach i kamuflażu klęczą z karabinkami na mokrym nabrzeżu portu, za nimi zacumowane irackie pogłębiarki i dźwigi portowe
Operatorzy JW GROM zabezpieczają nabrzeże portu Umm Kasr w Iraku, 28 marca 2003 roku. Zespół wodny, w którym służył Andrzej „Kisiel”, oczyszczał w pierwszych dniach wojny dojście do portu i sam port, zanim mogły do niego wpłynąć statki z pomocą humanitarną.Fot. PH1 (SW) Arlo Abrahamson, US Navy / Wikimedia Commons (domena publiczna)

Selekcja do GROM-u – 13 z około 300 kandydatów

Już samo zgłoszenie się na selekcję było wtedy sprawdzianem. GROM podlegał Ministerstwu Spraw Wewnętrznych i Administracji, był tajny i nawet wielu wysokich rangą wojskowych o nim nie słyszało. Kisiel mówi, że pierwszym etapem było zdobycie numeru telefonu do jednostki. Dostał go dzięki koledze z liceum wojskowego, który pracował w Sejmie. Podkreśla, że o żadną protekcję nie chodziło – za próbę „załatwiania” czegokolwiek w GROM-ie odpadało się od razu.

Minus 28 stopni w Stuposianach

Selekcja odbyła się zimą. Na początku było około 300 kandydatów, którzy zjeżdżali na testy pojedynczo. Potem odbyły się testy na basenie, sprawdzian z walki wręcz, testy biegowe i próba wysokościowa. Autobusem w Bieszczady pojechało już tylko około czterdziestu osób.

Najgorzej wspomina jedną z pierwszych nocy, w dolinie przy Stuposianach, gdy temperatura spadła, jak mówi, do minus 28 stopni. W przeciwieństwie do części kandydatów nie miał odzieży z membraną Gore-Tex ani nowoczesnego obuwia taktycznego, tylko to, co wydawano w Lublińcu, i zwykły wojskowy śpiwór. Instruktorzy, bojąc się wypadku, co godzinę sprawdzali, czy wszyscy żyją. Z Lublińca przyjechała czwórka – dwóch oficerów i dwóch chorążych – i trzymali się razem. Najwięcej osób odpadło jednak drugiego dnia, podczas długiego marszu z dużymi przewyższeniami. Kolejni odpadali pojedynczo, na przykład po przeprawie w butach przez San.

86 kilometrów w 24 godziny

Ostatni etap zaczynał się przy granicy z Ukrainą. Kandydaci mieli dobę na pokonanie 86 kilometrów do punktu zbiórki, nocą i w górach, a instruktorzy patrolowali trasę. Kogo złapali, ten nie zaliczał selekcji. Kisiel szedł przy tak ogromnym deficycie kalorycznym, że w krzakach zobaczył grób, którego tam nie było, a z nosa zaczęła mu lecieć krew.

Selekcję zaliczyło trzynaście osób, a on był jednym z najmłodszych. Dlatego psycholog wołał go na testy częściej niż innych. W drodze powrotnej przespał w pociągu Lubliniec i obudził się w Katowicach. Patrol policji wziął go na dworcu za bezdomnego, bo miał spękane od mrozu usta oraz twarz, a do tego pachniał dymem z ogniska.

Z tamtej zimy wyniósł zasadę, którą powtarza na szkoleniach: selekcji nie przejdzie się samymi mięśniami i wytrzymałością, bo w pewnym momencie brakujące 50 procent sił musi dołożyć głowa.

REKLAMA

Kurs bazowy i zespół wodny GROM-u

Na przeniesienie czekał dwa lata. Wojsko nie chciało oddawać wyszkolonego żołnierza innemu ministerstwu, a dowódca w Lublińcu traktował go jak dezertera. Kisiel co poniedziałek o 9.00 dzwonił do GROM-u z automatu na poczcie i pisał kolejne raporty, które odrzucano. W 1997 roku w końcu usłyszał, że odchodzi. Pożegnanie w kasynie zapamiętał jako „ciężki odpoczynek”, jak nazywał to gen. Sławomir Petelicki. Pierwsze uposażenie w GROM-ie wyniosło 1680 złotych, choć, jak dodaje, w Warszawie życie było droższe.

Pierwsze dni były dla niego szokiem. Przyszedł w mundurze, a wszyscy w jednostce chodzili po cywilnemu – kolega specjalnie go nie uprzedził. Zamiast rozkazów i raportowania była rozmowa, a zamiast zasady, że grupa specjalna jest jednorazowego użytku, obowiązywała reguła „nikogo nie zostawiamy”.

Numer 208 i nazwisko Kisielewski

Kurs bazowy trwał prawie półtora roku, bez wolnych sobót poza jedną w miesiącu. Kisiel szacuje, że szkolenie jednego operatora kosztowało wtedy ponad półtora miliona dolarów. Kursanci wystrzeliwali tysiące naboi z karabinka, pistoletu i strzelby, a na zajęciach z medycyny zobaczył po raz pierwszy stazy taktyczne czy wkłucia doszpikowe. Porównuje to z „Czterema pancernymi”, w których rannemu wystarczał bandaż i uśmiech sanitariuszki.

Na początku każdy dostawał nową tożsamość. Kisiel chciał nazwisko, które zajął już Leszek Drewniak „Diabeł”, legenda jednostki. Wybrał więc Kisielewski – tak nazywał się kolega ze Szkoły Chorążych, z którym ciągle mylił go pewien major o fenomenalnej pamięci. Od tego nazwiska koledzy utworzyli ksywę. Numer operacyjny, który dostał, to 208.

Trafił do zespołu wodnego. Pierwsze sekcje wodne powstały wcześniej w zespole A i uczyły się od brytyjskiego SBS. Kiedy formowano zespół B, w całości wodny, starsi koledzy zostali w nim instruktorami, a większość składu stanowili nowi ludzie. Każdy operator musiał mieć uprawnienia płetwonurka bojowego i nurkować z aparatami nurkowymi o obiegu zamkniętym. Kisiel dodaje, że francuskie aparaty GROM-u uchodziły za nowocześniejsze od Drägerów używanych przez Navy SEALs.

„Takich ludzi nam trzeba”: jako młody operator Kisiel dał się podpuścić starszym kolegom w sporze o to, kto i kiedy ma prawo nosić beret. Zastępca dowódcy zagroził mu zwolnieniem i przez dwa tygodnie Kisiel szkolił się, nie wiedząc, czy nie dostanie zaraz obiegówki. Na święcie jednostki chował się za firanką, ale zastępca go wypatrzył i zaprowadził do gen. Petelickiego. „Panie generale, chciałem panu pokazać żołnierza, który się nie bał walczyć o beret” – usłyszał. Generał uścisnął mu dłoń i odpowiedział, że takich ludzi jednostka potrzebuje. Później okazało się, że cała sytuacja była jednym z testów.

Pocisk, który przeszedł przez ścianę

Podczas szkolenia w budynku do ćwiczeń taktycznych (tzw. killing house) strzelił do tarczy dokładnie tam, gdzie powinien. Pocisk przeszedł jednak przez tarczę oraz ścianę i trafił w nogę stojącego na zewnątrz kolegi o ksywie „Klema”. Kość udowa była strzaskana, przyszła seria operacji i rehabilitacja, a dla Klemy był to koniec służby w GROM-ie. Instruktorzy wyjaśnili Kisielowi, że gdyby strzelił źle, wyleciałby z kursu. Po tym wypadku w budynku wzmocniono ściany. Klema nie ma do niego żalu, ale Kisiel mówi, że zawsze będzie pamiętał, z czyjej lufy wyleciał ten pocisk.

Granat hukowo-błyskowy i lekcja pokory

Po zamachach z 11 września 2001 roku, jak wspomina, GROM przestał się obawiać przeniesienia do struktur Żandarmerii Wojskowej, o którym wcześniej mówiono. Jednostka szykowała się do wyjazdu w rejon Zatoki Perskiej. Kisiel miał jechać z pierwszą zmianą zespołu wodnego, ale na ćwiczeniach chwycił w dłoń granat hukowo-błyskowy (tzw. flashbang). Uszkodził palec spustowy prawej ręki i groziła mu amputacja.

Nazywa to frajerskim błędem, który popełnił na własne życzenie, bo uwierzył, że jest szybszy od wybuchu. Koledzy działali w tym czasie z lotniskowca, a on dochodził do siebie. Pojechał z drugą zmianą, najpierw do wydziału łączności i zabezpieczenia, a potem wrócił do sekcji szturmowej.

Irak i Afganistan – ponad sto akcji bojowych

Druga zmiana dotarła do Zatoki Perskiej, gdy okręty koalicji blokowały przemyt ropy i innych surowców objętych embargiem z Iraku. Kisiel mówi, że widział, jak cała machina logistyczna rusza w stronę wojny, i właśnie to doświadczenie sprawiło, że przed lutym 2022 roku był pewien, iż Rosja zaatakuje Ukrainę. W sumie odbył cztery zmiany bojowe w Iraku i brał udział w ponad stu akcjach bezpośrednich (Direct Action – DA).

Platforma KAAOT i Umm Kasr

Za najważniejszą uważa pierwszą operację bojową – szturm na terminal naftowy KAAOT w nocy z 20 na 21 marca 2003 roku, którym dowodził Andrzej „Wódz” Kruczyński. Operatorzy płynęli na platformę jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem wojny, ze świadomością, że obrońcy mogą ją wysadzić, zanim łodzie dopłyną. Potem przyszło oczyszczanie dojścia do portu Umm Kasr, operacje w mieście i desant na zaporę Mukarayin.

Jeszcze przed wojną w obozie, w którym stacjonowali, mieszkało około 15 tysięcy Amerykanów, około 300 Czechów i niespełna trzydziestu Polaków. Polacy i tak wygrali turniej siatkówki. Kisiel dostał też zadanie kupienia za gotówkę dziesięciu samochodów. Pierwszy sprzedawca wziął jego i kolegę za rosyjską mafię i potraktował ich nieuprzejmie, więc premię zgarnął sprzedawca z salonu obok.

Zespół wodny działał w Iraku głównie z Navy SEALs, a także z tworzoną pod ich okiem iracką jednostką specjalną. Kisiel mówi, że Amerykanie na początku patrzyli na Polaków z przymrużeniem oka, ale zmienili zdanie po KAAOT i Umm Kasr. Obie jednostki mieszkały potem w jednych obozach niemal przez cały konflikt.

Po powrocie z Polski, pół roku po szturmie na platformę, poznał Tomasza „Drago” Dzierana, polskiego SEAL-a, który był łącznikiem między Polakami a Amerykanami i czasem mylił języki – do Amerykanów mówił po polsku, a do Polaków po angielsku. Zaprzyjaźnił się też z Chrisem Kyle’em, najsłynniejszym snajperem SEALs. Kiedy w Polsce wyszła książka Kyle’a „Cel snajpera”, Kisiel napisał do niej wstęp. Twierdzi, że sztuczki, o których Kyle mówi w jednej ze scen filmu „Snajper”, Amerykanie podpatrzyli u GROM-u.

Faludża, Mosul i zegar z kabelkami

Pierwsze akcje w Faludży nazywa mocną rozgrzewką. Właśnie tam przydarzyło mu się coś, o czym mówi otwarcie. Wchodził do pomieszczenia, przed którym po wybuchu korytarzem płynęła krew, i na pięć, może siedem sekund go zablokowało. Ruchy wykonał dzięki wyćwiczonej pamięci mięśniowej, ale miał wrażenie, że wszystko dzieje się w zwolnionym tempie, jak we śnie. Później już mu się to nie zdarzyło.

W Mosulu baza zespołu mieściła się na lotnisku, a do miasta prowadził tylko jeden most na Tygrysie. Przeciwnik próbował to wykorzystać przy wyjazdach na akcje. W czasie jednej z operacji zespół zatrzymał komórkę przygotowującą zamachy. Kisiel mówi, że życie uratował im wtedy kolega Grzegorz, który zareagował tak, jak trzeba. W zdobytych materiałach wywiadowczych znaleźli mapę Gdańska. Tłumacz, były reprezentant Iraku w koszykówce, którego nazywali Johnny Walker, rozpłakał się ze złości, kiedy przeczytał, jak terroryści chwalili się zamachami na dzieci.

Operacja w biały dzień: większość akcji GROM prowadził nocą, kiedy ulice Bagdadu były puste. Jedną trzeba było jednak wykonać w dzień. SEALs weszli do budynku, a Polacy pilnowali sektorów na zewnątrz. Kisiel stał przed tłumem, który z każdą minutą gęstniał, pot ciekł mu do oczu, a on nie chciał go wycierać, żeby nikt nie pomyślał, że się boi. Akcja trwała siedem, osiem minut. Mówi, że każda minuta ciągnęła się wtedy jak godzina, a po powrocie czuł się tak, jakby przerzucił łopatą wagon węgla.

„Wrota Mordoru” w Afganistanie

W rozmowie ze „Special Ops” podkreśla, że w Iraku wiele akcji nie kończyło się strzelaniem – w Mosulu bardzo groźnych terrorystów schwytano dzięki zaskoczeniu. Do ludzi po raz pierwszy strzelał dopiero w Afganistanie. Grupa wpadła pod ostrzał w wąwozie prowadzącym do sąsiedniego dystryktu, który żołnierze nazywali „Wrotami Mordoru”. Kisiel słyszał pociski odbijające się od pancerza i dopiero wtedy padła komenda do otwarcia ognia. Mówi, że tak go szkolono – kto chce przeżyć, musi być pierwszy.

W Afganistanie GROM prowadził głównie działania patrolowo-rozpoznawcze. Kisiel opisał w książce sytuację, gdy ruch Afgańczyka wyglądał, jakby sięgał po granatnik, a okazało się, że nie miał złych zamiarów. Cieszy się, że wtedy nie strzelił. Z tamtych patroli zapamiętał też prostą zasadę: jeśli dzieci wybiegają naprzeciw kolumny, jest spokojnie, a jeśli wieś jest cicha, coś się szykuje.

RokWydarzenie
pierwsza połowa lat 90.Liceum wojskowe, Szkoła Chorążych w Poznaniu, pluton specjalny i bordowy beret
19951. Pułk Specjalny Komandosów w Lublińcu
1997Przejście do JW GROM po zimowej selekcji, numer operacyjny 208
początek 2003Zatoka Perska z drugą zmianą zespołu wodnego, operacje przeciw przemytowi z Iraku
20/21 marca 2003Szturm na terminal naftowy KAAOT, potem Umm Kasr
od 2003Cztery zmiany bojowe w Iraku, ponad sto akcji bezpośrednich (DA)
koniec służbyAfganistan, działania patrolowo-rozpoznawcze
13 września 2012Premiera książki „Trzynaście moich lat w JW GROM”
lipiec 2016Zatrzymanie przez CBA i trzy miesiące tymczasowego aresztu

Z lat służby Kisiel ma też inną obserwację – są „mistrzowie treningów” i „mistrzowie akcji”. Ten, kto na ćwiczeniach wypada najlepiej, w realnej walce potrafi się zawahać, a jedno zawahanie może kosztować życie kolegi.

„Trzynaście moich lat w JW GROM” – książka

Książkę napisał z Marcinem Rakiem w trzy miesiące – zaczęli trzynastego dnia miesiąca i trzynastego skończyli, choć, jak zapewnia, nie planowali tego. Najpierw próbował nagrywać wspomnienia sam na dyktafon, ale nie dało się tak pracować. Potem rozmawiali jak w wywiadzie, a Rak dopytywał o szczegóły. Premiera odbyła się 13 września 2012 roku, a wydanie ma 344 strony.

Przedmowę napisał Wojciech Brochwicz, były wiceminister spraw wewnętrznych nadzorujący GROM. Książkę zadedykowano gen. Petelickiemu, który wiedział o niej i kibicował jej powstaniu, ale nie doczekał wydania – zmarł w czerwcu 2012 roku. Kisiel mówi, że przed nim wspomnienia z GROM-u pisali tylko dowódcy, a on był pierwszym operatorem. W jednostce wywołało to burzę, która ucichła, kiedy koledzy przeczytali tekst.

Audiobook za darmo i wydanie chińskie

Papierowe wydanie jest dziś trudno dostępne i na aukcjach osiąga wysokie ceny. Na profilu „Trzynaście moich lat” na Facebooku można za darmo pobrać audiobook – nazwę trzeba wpisać słownie, nie cyframi. Czyta go Eryk Lubos, a w nagraniu występuje jeden z Cichociemnych. Książka ukazała się też jako e-book po angielsku i w wydaniu chińskim, po tym jak dziennikarz z Hongkongu napisał o przyjaźni Kisiela z Kyle’em.

Najbardziej cieszy go, kiedy młodsi operatorzy mówią mu na święcie jednostki, że zgłosili się do GROM-u między innymi dlatego, że przeczytali jego książkę.

Po wojsku – szkolenia, areszt i wiara

Z GROM-u odszedł na emeryturę po 13 latach. Mówi, że gdyby mógł wybrać jeszcze raz, zostałby dłużej i, jak żartuje, „musieliby go wyganiać siłą”. Prowadził szkolenia taktyczne i wyjazdy integracyjne dla firm. Po wybuchu wojny w Ukrainie, gdy linia frontu się ustabilizowała, pojechał tam szkolić żołnierzy. Jeszcze przed inwazją mówił w Radiu Poznań, że do wojny dojdzie.

Przyznaje, że życie w cywilu jest dla niego trudniejsze niż w armii. W wojsku słowo było słowem, a w „cywilu”, jak mówi, wszystko trzeba potwierdzać u notariusza. Mówi też, że w pewnym momencie stracił nad sobą kontrolę i się pogubił.

Zatrzymanie przez CBA w 2016 roku

W lipcu 2016 roku lubelska delegatura CBA zatrzymała trzy osoby – byłego komandosa GROM-u Andrzeja K., byłego oficera ABW i kobietę. Według „Rzeczpospolitej” zarzucono im płatną protekcję – powoływanie się na wpływy w instytucjach państwowych, w tym w MSWiA, i obietnicę pomocy w zachowaniu koncesji na handel bronią w zamian za 55 tys. złotych. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa aresztował trójkę podejrzanych na trzy miesiące. Nie udało nam się dotrzeć do informacji, jak sprawa się zakończyła.

Kisiel sam wraca do tego okresu w rozmowach. Mówi, że zaczęło się od pewnej znajomości, a skończyło w areszcie śledczym na Białołęce. Wspomina, że ktoś oskarżył go o chęć zrobienia czegoś nieuczciwego i że był wtedy pełen złości na cały świat. W tamtym czasie zobaczył, kto był przy nim tylko na chwilę, a kto okazał się przyjacielem. Słyszał też komentarze, że mówił o zasadach, a „patrzcie, gdzie wylądował”.

O tamtym okresie, o zespole stresu pourazowego (PTSD) i o tym, dlaczego nie korzystał z pomocy psychologa, Kisiel opowiada w rozmowie z Przemkiem Górczykiem.

Wiara zamiast psychologa

Kisiel mówi, że każdy, kto był na wojnie, ma PTSD, tylko jedni znoszą to dobrze, inni średnio, a jeszcze inni źle. Siebie zalicza do pierwszej grupy i nie ukrywa, że pomogła mu wiara. Nazywa siebie „katolem”, a przełomem był wyjazd z ojcem do miejsca związanego z objawieniami maryjnymi. Podkreśla przy tym, że nikomu nie odradza psychologa ani psychiatry – dla niego tą pomocą była modlitwa.

Z kolegami ze służby spotyka się co roku na święcie jednostki. Mówi, że widzi, jak jest ich coraz mniej, i że warto pamiętać o przyjaciołach, póki można się z nimi spotkać.

REKLAMA

Andrzej „Kisiel” – najczęściej zadawane pytania

Skąd wziął się pseudonim „Kisiel”?

Po przyjściu do GROM-u każdy operator dostawał nową tożsamość. Andrzej K. wybrał nazwisko Kisielewski – tak nazywał się kolega ze Szkoły Chorążych, z którym ciągle mylił go jeden z majorów. Od tego nazwiska koledzy utworzyli ksywę „Kisiel”, pod którą wydał później książkę.

Jak wyglądała zimowa selekcja do GROM-u, którą przeszedł Kisiel?

Zaczynało około 300 kandydatów, w Bieszczady pojechało około czterdziestu, a selekcję zaliczyło trzynaście osób. W nocy przy Stuposianach temperatura spadła do minus 28 stopni. Ostatni etap to 86 kilometrów w górach w ciągu doby, od granicy z Ukrainą do punktu zbiórki, z instruktorami polującymi na kandydatów.

Co łączyło operatora GROM-u z Chrisem Kyle’em?

Zespół wodny GROM-u przez większą część konfliktu w Iraku działał i mieszkał razem z Navy SEALs. Kisiel zaprzyjaźnił się wtedy z Chrisem Kyle’em, a kiedy w Polsce ukazała się jego książka „Cel snajpera”, napisał do niej wstęp. O tej przyjaźni pisał później także dziennikarz z Hongkongu.

Gdzie można przeczytać lub posłuchać wspomnień „Trzynaście moich lat w JW GROM”?

Papierowe wydanie z 2012 roku jest trudno dostępne i na aukcjach osiąga wysokie ceny. Za darmo można pobrać audiobook z profilu „Trzynaście moich lat” na Facebooku, czytany przez Eryka Lubosa. Książka ukazała się też jako e-book po angielsku i w wersji chińskiej.

W jakich misjach brał udział Andrzej „Kisiel”?

Był w Zatoce Perskiej z drugą zmianą zespołu wodnego, brał udział w szturmie na terminal naftowy KAAOT w marcu 2003 roku i w oczyszczaniu portu Umm Kasr. W Iraku odbył cztery zmiany bojowe i ponad sto akcji bezpośrednich (DA), między innymi w Faludży, Mosulu i Bagdadzie. Służbę zakończył misją w Afganistanie.

Źródła

▸ POWIĄZANE_WPISY