BAS-3 // ONLINE
--:--:--
SEARCH // PORTAL BAS-3

ESC aby zamknąć · ↑↓ aby nawigować

Iracki morski terminal przeładunkowy ropy KAAOT w Zatoce Perskiej – wielopoziomowa stalowa konstrukcja z dźwigami i rurociągiem na estakadzie
◆ PORTAL BAS-3

Fot. U.S. Navy photo by Photographer's Mate 3rd Class Randall Damm , licencja domena publiczna

Andrzej „Wódz” Kruczyński – dowódca szturmu na KAAOT, pierwszej tak dużej akcji bojowej polskiego wojska po 1945 roku

Autor: · · 17 min czytania
◆ Również w: Komandosi

Dowódca amerykańskiego morskiego komponentu operacji specjalnych przyjechał do polskiego klubu w Kuwejcie bez zapowiedzi. Wypili kawę, rzucili kilka żartów, a potem padło zdanie, że zbliża się wojna i że dla Polaków będzie zadanie. Dowódca polskiego Zespołu Bojowego odpowiedział, że są gotowi – choć zgody z Warszawy nie miał i nie wiedział, czy ją dostanie.

Kilkanaście dni później, w nocy z 20 na 21 marca 2003 roku, w ramach operacji „Iraqi Freedom”, ppłk Andrzej „Wódz” Kruczyński wprowadzał kilkudziesięciu operatorów JW GROM na iracki terminal przeładunkowy ropy KAAOT. Była to pierwsza tak duża akcja bojowa polskiego wojska od zakończenia II wojny światowej. Operację przeprowadzono bez strat własnych oraz ofiar po stronie przeciwnika.

Kim jest Andrzej „Wódz” Kruczyński

Ukończył Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Zmechanizowanych (WSOWZmech) we Wrocławiu, a do JW GROM trafił w pierwszych latach istnienia jednostki. Odbył cztery misje zagraniczne i dowodził Zespołem Bojowym. Dziś jest pułkownikiem rezerwy, dyrektorem Biura Bezpieczeństwa Produktów w ORLEN S.A., szkoleniowcem, autorem książek i komentatorem medialnym. Wcześniej odpowiadał za bezpieczeństwo Stadionu Narodowego podczas Euro 2012.

DataWydarzenie
początek lat 90.Ukończenie WSOWZmech we Wrocławiu, rekrutacja do tworzonej JW 2305 GROM
1994Pierwsza misja zagraniczna – Haiti (operacja Uphold Democracy)
1996–1997Wschodnia Slawonia, misja UNTAES
1999Kosowo – ochrona szefa misji obserwacyjnej OBWE (KVM)
20/21 marca 2003Dowodzenie szturmem na terminal KAAOT w Zatoce Perskiej
ok. 2006Odejście ze służby po urazie kręgosłupa, założenie firmy szkoleniowej CSAT
ok. 2008–2013Szef bezpieczeństwa Stadionu Narodowego, kierownik do spraw bezpieczeństwa podczas Euro 2012
2019Premiera książki „72 godziny”
2020Premiera książki „Zielona droga 1990–2020”

Hrubieszów, WOP i trzy sekundy na decyzję

Wychował się w małej miejscowości pod Hrubieszowem, na ścianie wschodniej. Po maturze nie wiedział, czym różnią się szkoły oficerskie – nie było internetu ani informatorów. Wybrał tę, której skrót brzmiał najbardziej tajemniczo – Centrum Szkolenia Wojsk Ochrony Pogranicza w Kętrzynie. Pojechał nawet wcześniej na tygodniowy kurs przygotowawczy.

Egzaminy zdał. Odpadł na rozmowie kwalifikacyjnej, bo jego kuzynka mieszkała wtedy w Londynie, a WOP podlegał Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Komisja poinformowała go, że wyniki ma zaliczone i może wskazać inną uczelnię wojskową. Na decyzję miał kilka sekund. Wybrał Wrocław i wojska zmechanizowane.

Cztery lata później, na praktykach dowódczych w Szczecinie, przeżył rozczarowanie, które zaważyło na całej jego karierze. Trafił do batalionu szkolnego, gdzie – jak wspomina – nic się nie działo, a wszystko było naciągane i pozorowane. Wrócił z przekonaniem, że przydział do zwykłej jednostki liniowej oznacza zmarnowane życie zawodowe.

Kupcy z Warszawy i selekcja, która zaczęła się od palca na mapie

Na czwartym roku do szkoły przyjechali wysłannicy twórcy jednostki, Sławomira Petelickiego – w wojskowym żargonie „kupcy”. Powstawała nowa jednostka specjalna, oficjalnie do ochrony placówek dyplomatycznych, z siedzibą w Warszawie. Dla podchorążego ze wschodniej Lubelszczyzny liczyły się dwie rzeczy z tej oferty: słowo „specjalna” i słowo „Warszawa”.

Testy sprawnościowe zaliczył bez trudu – po czterech latach szkoły oficerskiej wejście na linę na samych rękach zajęło mu kilka sekund. Wezwano go do Warszawy i był przekonany, że to koniec drogi. Był to jej początek.

Kilkudziesięciu kandydatów zebrano w sali odpraw. Cywil poprosił ich, żeby udali się do magazynu mundurowego, gdzie zdeponowali wszystkie swoje rzeczy i dostali dresy, ortaliony, plecaki, tabletki do uzdatniania wody i racje żywnościowe. Po powrocie na salę prowadzący wskazał palcem punkt na mapie Polski i powiedział, że mają się tam zjawić następnego dnia do szóstej rano. Na nieśmiałe pytanie, czym mają jechać, odpowiedział, że czas pracuje na ich niekorzyść. Pociąg w tamtym kierunku odjechał kilkanaście minut wcześniej.

Dlaczego selekcja męczy głowę, a nie nogi – Kruczyński powtarza, że najtrudniejsze w selekcji nie jest ani tempo, ani obciążenie, tylko brak jakiegokolwiek horyzontu. Kandydat nie wie, co przyniesie dany dzień, kiedy dostanie kolejne zadanie ani kiedy całość się skończy, więc nie może rozłożyć sił. Można go obudzić w nocy i wysłać dalej. Instruktorów jest kilkunastu, do tego psycholodzy, a ocenie podlega także czas wolny – czy kandydat suszy skarpetki i doprowadza sprzęt do porządku, czy marnuje przerwę. Selekcja trwa zwykle pięć–siedem dni, organizowana jest późną jesienią albo wczesną wiosną, a kończy się marszem na dystansie ponad czterdziestu kilometrów. Ten sam mechanizm opisywali operatorzy z późniejszych roczników – Dariusz „Daro” Pollak odpadł z pierwszej selekcji nie z braku kondycji, tylko przez źle dobrane spodnie.

FIG_01 // VISUAL_REF
Iracki morski terminal przeładunkowy ropy KAAOT w Zatoce Perskiej – wielopoziomowa stalowa konstrukcja z dźwigami i rurociągiem na estakadzie
Terminal przeładunkowy ropy Khawr Al Amaya (KAAOT) w Zatoce Perskiej. To ten obiekt operatorzy GROM-u opanowali w nocy z 20 na 21 marca 2003 roku. Widoczne dźwigi to miejsca, na których stanęli polscy strzelcy wyborowi, a estakada z rurociągiem – kładka, którą trzeba było przejść pieszo, żeby dostać się do części hotelowej.Fot. U.S. Navy photo by Photographer's Mate 3rd Class Randall Damm (domena publiczna)

Cztery misje przed Irakiem

Zanim w 2003 roku znalazł się w Zatoce Perskiej, miał za sobą cztery wyjazdy, z których każdy dołożył coś do sposobu myślenia o tym, czym powinna być polska jednostka specjalna.

  • Haiti, 1994 – operacja Uphold Democracy. Pierwszy kontakt z amerykańskimi siłami specjalnymi i, jak to sam nazywa, zimny prysznic. Polacy przylecieli młodzi, sprawni, z pistoletami, karabinkami MP5 z tłumikiem i strzelbami, przekonani, że są już komandosami. Na miejscu okazało się, że brakuje im sprzętu zespołowego, rozpoznania i zabezpieczenia działań. Amerykanie tej pomocy nie potrzebowali – chodziło o pokazanie Polakom, jak wygląda misja od środka.
  • Wschodnia Slawonia, 1996–1997 – JW GROM jako odwód misji UNTAES do zadań specjalnych. To wtedy jednostka przeprowadziła operację „Little Flower” – zatrzymanie zbrodniarza wojennego, które po raz pierwszy pokazało światu, że Polakom można zlecić zaplanowanie i wykonanie operacji specjalnej – opisaliśmy je wśród najbardziej znanych akcji GROM-u.
  • Kosowo, 1999 – misja KVM. Kilkuosobowa grupa w ubraniach cywilnych, z paszportami dyplomatycznymi, ochraniająca szefa misji obserwacyjnej. Kruczyński przez kilka miesięcy formalnie był dyplomatą. Spotkał tam dwóch operatorów brytyjskiego SAS wykonujących identyczne zadanie przy swoich oficerach.
  • Macedonia – kolejny bałkański epizod tej samej misji regionalnej.

Na Haiti trafił mu się epizod, o którym opowiada do dziś. Grupa Polaków dostała zadanie ochrony amerykańskiej dyplomatki wizytującej kontyngent w Port-au-Prince. Kiedy zameldowali się przy samolocie w polskich mundurach, z biało-czerwoną flagą, dyplomatka – według jego relacji – odezwała się do nich po polsku.

Kuwejt 2003 – jak GROM dostał zadanie

Polski kontyngent stacjonował w Kuwejcie od kilku miesięcy i wykonywał zadania na wodach Zatoki Perskiej, w tym abordaże. Były to działania policyjne, a nie bojowe, i nikt nie zakładał wejścia na terytorium Iraku.

Zmieniła to wizyta amerykańskiego dowódcy. Morskim komponentem sił specjalnych w rejonie dowodził wtedy komandor Robert Harward, późniejszy wiceadmirał, kierujący zgrupowaniem Task Force 561 – w jego składzie znalazły się siły Navy SEALs, brytyjscy komandosi z Royal Marines, marynarka Kuwejtu i polski GROM. To on przyjechał do Polaków z informacją, że będzie dla nich zadanie.

Kruczyński odpowiedział twierdząco od razu, świadomie odwracając kolejność – najpierw zgoda dowódcy w polu, potem procedura w kraju. Zgoda z Warszawy dotarła w ostatniej chwili – dowódca kontyngentu gen. Roman Polko odebrał ją telefonicznie, jawnym kanałem łączności, bez formalnego rozkazu na piśmie. Jak wspomina, gdyby nie przyszła, i tak byłby już na łodziach. Uważał, że wycofanie się w takim momencie przekreśliłoby mozolnie budowaną pozycję jednostki, a plan operacji z wyrwą w miejscu polskiego celu nie mógłby się powieść.

Do dowodzenia z Polski przyleciało kilkunastu ludzi wsparcia, w tym operatorzy z jego własnego Zespołu Bojowego. Równolegle z Warszawy przyszła sugestia, żeby każdego żołnierza zapytać na piśmie, czy zgadza się na udział w operacji, a osobom niechętnym pozwolić odmówić. Kruczyński ocenia to do dziś jednym słowem: upierdliwe.

Kilkanaście dni na przygotowanie

Amerykanie zasypali Polaków danymi wywiadowczymi – teczka z pakietem informacji o celu miała, jak to opisuje, pół metra grubości. Zespół przefiltrował to własnymi siłami, bez rozbudowanych komórek analitycznych.

Poza dokumentami zdobyli trzy rzeczy, które zdecydowały o powodzeniu:

  1. Rozpoznanie lotnicze. Amerykanie zgodzili się podlecieć śmigłowcem nad platformę, skąd zrobiono kilkadziesiąt zdjęć teleobiektywami.
  2. Relacje pracowników. Udało się dotrzeć do ludzi, którzy pracowali na terminalu, i zebrać od nich opisy układu obiektu.
  3. Makieta na pustyni. Na podstawie zdjęć i relacji rozrysowano najważniejsze elementy platformy i przećwiczono na nich wejście – najpierw na sucho, potem w pełnym oporządzeniu, na końcu w nocy. Amerykanie, widząc to, zbudowali własną wersję.
REKLAMA

Noc z 20 na 21 marca 2003 – szturm na KAAOT

Celem morskich sił koalicji tej nocy były dwa terminale przeładunkowe ropy w północnej części Zatoki Perskiej: KAAOT i MABOT (Mina Al Bakr Oil Terminal). Ich szybkie opanowanie miało uniemożliwić Irakijczykom wysadzenie instalacji – wyciek z uszkodzonego rurociągu zamknąłby akwen dla transportu i odciął jedyny głębokowodny port kraju. MABOT dostali Navy SEALs, KAAOT – Polacy.

Ostrzeżeniem była pierwsza wojna w Zatoce, kiedy Irakijczycy podpalili zdobywaną platformę. Spalona konstrukcja stała w wodzie do czasu operacji z 2003 roku.

Wariant podstawowy zakładał przerzut szybkimi łodziami operacji specjalnych Mark V SOC i przesiadkę na cichsze łodzie hybrydowe RHIB na kilka minut przed celem. Wariant awaryjny – śmigłowce – oznaczał mniej ludzi i mniej sprzętu, więc liczono na pogodę. Noc wypadła wymarzona: ciemna, z minimalnym wiatrem, do celu podeszli od strony zawietrznej.

Sprzęt zabrano z założeniem, że po platformie nikt ich nie zaopatrzy: drabiny, ładunki, amunicję, racje żywnościowe, wodę, piły spalinowe i paliwo do nich.

Dlaczego KAAOT był tak trudnym celem – terminal miał niemal kilometr długości i kilkadziesiąt metrów szerokości, był wielopoziomowy i miał własną część hotelową z kilkudziesięcioma pomieszczeniami. Z platformy można było obserwować teren w każdym kierunku, więc każde podejście od strony wody było widoczne. Polacy zakładali, że przewagą będzie noktowizja, której obrońcy prawdopodobnie nie mieli.

Dwa strzały, strzelcy wyborowi na dźwigach i kładka o długości 120 metrów

Zasada działania sił specjalnych zakłada ciszę tak długo, jak się da. Tu ciszę przerwały dwa strzały ze strzelby gładkolufowej oddane podczas torowania przejścia na samym początku wejścia.

Nie miało to większego znaczenia, bo stanowiska strzelców wyborowych były już obsadzone. Weszli oni jako jedni z pierwszych i zajęli miejsca na wysokich dźwigach, skąd pokrywali ogniem kilkusetmetrowy odcinek. Broń była przystrzelana na dystansach dochodzących do kilkuset metrów.

Priorytetem był rurociąg. Po kilkunastu minutach główna rura była zabezpieczona i obstawiona.

Potem zaczął się drugi trudny moment. Część hotelową oddzielała kładka o długości blisko 120 metrów – jedyna droga podejścia. Spodziewano się potykaczy i ładunków wybuchowych. Strzelcy wyborowi sprawdzili przejście za pomocą optyki i zameldowali, że jest czyste. Dwóch operatorów, którzy wcześniej trenowali tę czynność, przeszło kładkę krok po kroku. Dopiero po ich meldunku ruszyła reszta.

Godzina i dwadzieścia minut

Przeszukiwanie pomieszczeń pochłonęło więcej zasobów, niż zakładano. Drzwi okazały się wykonane z grubej blachy, a każde trzeba było otworzyć – bo nie sposób uznać pomieszczenia za bezpieczne, dopóki się do niego nie wejdzie. Zużyto całą amunicję do strzelb, potem tarcze do pił spalinowych, potem paliwo. Ostatnie drzwi wyważano rurami wyrwanymi z konstrukcji platformy.

Zatrzymano około dwudziestu osób. Część obsady stanowili iraccy żołnierze, którzy przebrali się w cywilne ubrania, licząc na łagodniejsze traktowanie. Zatrzymanych przeszukano, skuto i wyprowadzono na pokład główny.

Po godzinie i dwudziestu minutach obiekt był pod kontrolą Polaków. Kruczyński osobiście oprowadził amerykańskich dowódców sekcji po platformie, pokazując miejsca oznaczone światłami chemicznymi w umówionych kolorach: materiał wybuchowy, broń, zatrzymani. Dopiero wtedy Amerykanie wprowadzili swoich ludzi.

Wyjście opóźnił szczegół, którego nikt nie przewidział. Amerykański radiooperator przez kilka godzin nie mógł nawiązać łączności z centrum operacyjnym, żeby zameldować przejęcie obiektu. Polacy czekali na platformie do rana.

Transmisja, o której nie wiedzieli: nad platformą wisiał śmigłowiec z głowicą optoelektroniczną, a obraz z niego szedł na żywo do centrum operacyjnego, gdzie siedzieli dowódcy komponentu. Kruczyński dowiedział się o tym dopiero kilka dni po powrocie na ląd. Jak podkreśla, sylwetki na nagraniu są rozpoznawalne mimo kominiarek i hełmów – i gdyby ktokolwiek działał niezgodnie z zasadami użycia siły, nagranie byłoby dowodem w sprawie.

72 godziny bez snu i to, co było dalej

Z platformy nie popłynęli odpoczywać. Skierowano ich od razu do portu Umm Kasr, gdzie spędzili kolejne dni w ruchu. Stąd wziął się tytuł jego pierwszej książki – przez pierwsze trzy doby zespół praktycznie nie spał, a przerwy sprowadzały się do kilkunastu czy kilkudziesięciu minut z zamkniętymi oczami.

Zapas, który zabrali ze sobą, okazał się kluczowy – nie musieli nikogo prosić o wodę ani żywność.

Dwóch żołnierzy w sylwetkach pod słońce siedzi na nabrzeżu portu Umm Kasr, na wodzie kuter patrolowy
Wschód słońca w porcie Umm Kasr, 28 marca 2003 roku – tydzień po szturmie na KAAOT. Na nabrzeżu żołnierze zgrupowania odpowiadającego za oczyszczanie toru wodnego z min, na wodzie łódź patrolowa. Fot. U.S. Navy, domena publiczna, Wikimedia Commons.

Osobnym problemem stali się zatrzymani. Obozy jenieckie prowadzone przez sojuszników szybko zapełniały się do granic przepustowości, więc przekazanie kolejnych grup potrafiło zająć kilkanaście godzin. W tym czasie trzeba było zadbać o ich stan, czasem nakarmić, a czasem oddać własne ubranie, bo zatrzymani bywali w samej bieliźnie, a noce w marcu były zimne.

Po akcji dowódca zgrupowania przyleciał śmigłowcem do polowej bazy, żeby osobiście podziękować. Kruczyński mówi, że zaskoczyło go to podwójnie: że w ogóle znalazł na to czas i że odszukał Polaków w polu.

Nie zabrakło też zgrzytu. Dwóch dowódców sekcji z jego zespołu wysłało po operacji do dowódcy jednostki meldunek, że akcja była zbyt mało dynamiczna i że dałoby się ją przeprowadzić inaczej, na przykład wykonując podejście podwodne. Kruczyński do dziś kwituje to uwagą, że moment na dyskusję był przed akcją, nie po niej – a wody wokół platformy, do której zrzucano odpadki, nie były akurat pustym akwenem.

W rozmowie nagranej w rocznicę operacji Kruczyński wraca do przygotowań, makiety na pustyni i pierwszych godzin na platformie – z perspektywy człowieka, który był na niej jako dowódca zespołu, a nie obserwator z centrum operacyjnego.

Kręgosłup i decyzja o odejściu

Z ostatniej misji wrócił do szpitala. Połowa ciała była sparaliżowana. Był przekonany, że to korzonki. Okazało się, że dysk rozpadł się na fragmenty, a jeden z nich uciskał rdzeń kręgowy. Oddział szpitalny szedł akurat do remontu, więc na operację trzeba było czekać – termin udało się przyspieszyć dopiero po interwencjach.

Po wyjściu ze szpitala usłyszał, że skoki spadochronowe i nurkowanie odpadają. Sam podsumowuje przyczynę bez sentymentu: wzrost powyżej metra osiemdziesięciu, kilkanaście do kilkudziesięciu kilogramów sprzętu na sobie i kilkanaście lat obciążania dolnego odcinka kręgosłupa. W jego pokoleniu operatorów nie było odnowy biologicznej ani dietetyków, a z plecakiem po czterdzieści–pięćdziesiąt kilogramów szło się w teren z przekonaniem, że organizm jest niezniszczalny.

Do odejścia dołożył się konflikt z dowódcą. Obejmując Zespół Bojowy w sytuacji kryzysowej, Kruczyński postawił trzy warunki dotyczące obsady stanowisk i dostał na nie zgodę. Jednym z jego pomysłów było przesuwanie doświadczonych operatorów do grupy strzelców wyborowych po kilku latach służby na pierwszej linii. Kiedy z zespołu zabrano dwie osoby wbrew wcześniejszym ustaleniom, poszedł na rozmowę i zapowiedział odejście. Decyzja nie została zmieniona. Miesiąc po nim odszedł także dowódca.

Sama możliwość zamknięcia kariery wynikała z ówczesnych regulacji: po piętnastu latach służby można było przejść na emeryturę wynoszącą 40 procent uposażenia, a kolejne misje podnosiły ten wskaźnik – w jego wypadku do około 70 procent.

Straż miejska, czyli droga okrężna do Euro 2012

Kolejny krok zszokował rodzinę: były dowódca Zespołu Bojowego JW GROM został naczelnikiem wydziału planowania i szkolenia w warszawskiej straży miejskiej. Teść, jak wspomina, pukał się w głowę.

Plan był całkowicie świadomy. Kruczyński wiedział, że Polska organizuje Euro 2012, i chciał pracować przy bezpieczeństwie tego turnieju. Doświadczenie z jednostki specjalnej samo w sobie nie było przepustką – potrzebował udokumentowanej praktyki przy imprezach masowych. Straż miejska zabezpieczała warszawskie wianki i sylwestra na placu Konstytucji, więc dawała dokładnie to, czego mu brakowało.

To, co zobaczył, ocenia surowo: policja, straż miejska i służby porządkowe działające obok siebie bez współpracy, dwie karetki na sto tysięcy ludzi, stanowisko dowodzenia bez łączności. W ciągu niecałego roku zdążył jednak przeszkolić grupę strzelecką, która zaczęła wygrywać cywilne zawody, wprowadzić do służby paralizatory i wypożyczyć noktowizory na akcję „Hiena” przed Świętem Zmarłych.

REKLAMA

Stadion Narodowy – zabezpieczenie pirotechniczne i tysiąc osób pod komendą

Na Stadion Narodowy trafił, gdy obiekt dopiero wychodził z ziemi. Pierwszą rzeczą, którą tam zrobił, nie było planowanie meczów, tylko zabezpieczenie pirotechniczne budowy.

Argument miał gotowy: ładunek podłożony w ścianie na etapie prac budowlanych to scenariusz znany z zamachów na Zachodzie. Trzy instytucje odpowiedziały mu, że nie mają tego w zakresie obowiązków. Po serii rozmów włączyli się jednak Biuro Ochrony Rządu, policyjni pirotechnicy z psami i warszawscy kontrterroryści z BOA, którzy zaczęli ćwiczyć na obiekcie. W najbardziej wrażliwym miejscu – dzisiejszej loży platynowej – zamontowano kamery na trzech poziomach, a obraz szedł na żywo do stanowiska dowodzenia BOR przez kilkanaście miesięcy budowy. Odbiory prac w tej strefie robiono w obecności funkcjonariuszy, którzy potem zamykali pomieszczenia.

Sam zawód kierownika do spraw bezpieczeństwa imprezy masowej musiał opanować od zera. Trzydniowy kurs w Polsce nazywa dokumentem bez treści. Realną wiedzę dostał od brytyjskich policjantów, którzy przyjechali z komunikatem, że ich poradnik jest pisany krwią i żeby nie powtarzać ich błędów. Polskie przekonanie, że skoro potrafimy zorganizować pielgrzymkę papieską, to poradzimy sobie z meczem, uważa za nieporozumienie – to zupełnie inna specyfika ryzyka.

Skala okazała się większa niż wszystko, co robił wcześniej. Podczas imprezy pod jego komendą pracowało ponad tysiąc osób ze służb informacyjnych, porządkowych i medycznych, a całość zabezpieczenia obiektu obejmowała około trzech tysięcy ludzi. Różnica wobec wojska była zasadnicza: w Zespole Bojowym musiał ludzi hamować, tutaj musiał ich najpierw przekonać do przyjścia do pracy, bo dziewięćdziesiąt procent obsady nie było na etacie.

Najtrudniejszy dzień kariery cywilnej to eliminacyjny mecz Polska – Anglia w październiku 2012 roku, przełożony na następny dzień, bo ulewa zalała murawę przy otwartym dachu. Decyzję o niezamykaniu dachu podjął kto inny, a rozliczany był kierownik do spraw bezpieczeństwa. Impreza masowa odbyła się następnego dnia – z ludźmi, sprzętem i dokumentami przygotowanymi od nowa w ciągu doby.

Ze stadionem rozstał się po zmianie prezesa, kilkanaście miesięcy po Euro. Nową propozycję – podporządkowanie osobie bez odpowiednich kompetencji – odrzucił.

Życie po GROM-ie

Firmę szkoleniową CSAT prowadzi od 2006 roku, praktycznie od dnia odejścia z wojska. Dziś pracuje w niej około dwudziestu wykładowców i trenerów, w większości byłych żołnierzy jednostek specjalnych wojska i policji. Zakres jest szerszy, niż podpowiada stereotyp: nie survival i rozpalanie ognisk, tylko profilaktyka antyterrorystyczna, procedury kryzysowe, budowanie zespołów, szkolenia strzeleckie i medyczne oraz plany ochrony obiektów. W latach 2009–2010 firma stworzyła program „Bezpieczna szkoła”, a bezpieczeństwo w placówkach oświatowych pozostaje jego głównym tematem cywilnym.

Jest współautorem podręcznika „Edukacja dla bezpieczeństwa” dla szkół ponadpodstawowych i książki „Imprezy masowe. Organizacja, bezpieczeństwo, dobre praktyki”. Pod własnym nazwiskiem wydał „72 godziny” (2019) o operacji na KAAOT i „Zieloną drogę 1990–2020” (2020) o życiu po jednostce. Wspólnie z Piotrem Plebaniakiem napisał „Wzorce zwyciężania” – zbiór analiz operacji wojskowych.

Od kilku lat pracuje też etatowo poza własną firmą – jako dyrektor Biura Bezpieczeństwa Produktów w ORLEN S.A., czyli w spółce odpowiadającej za infrastrukturę krytyczną, której ochrona jest dziś jednym z głównych tematów debaty o bezpieczeństwie państwa. Występuje ponadto jako ekspert Business Centre Club od spraw bezpieczeństwa imprez masowych, zarządzania kryzysowego i działań antyterrorystycznych.

Jeden z rozdziałów książki o imprezach masowych okazał się proroczy. Kruczyński opisał w nim alternatywne wykorzystanie obiektów sportowych w sytuacjach kryzysowych: stadion jako miejsce, gdzie można zakwaterować, wykąpać i wyżywić kilkanaście tysięcy ludzi, bo są tam kuchnie zdolne produkować, a nie tylko podgrzewać posiłki, punkty medyczne, kaplica i sala kinowa. Kiedy pisał to kilkanaście lat temu, część słuchaczy na konferencjach pukała się w głowę. Później Stadion Narodowy pełnił funkcję szpitala tymczasowego w czasie pandemii COVID-19, a przy napływie uchodźców z Ukrainy wracał temat gromadzenia ludzi w takich obiektach.

Gdzie szukać Kruczyńskiego: szkolenia antyterrorystyczne, kryzysowe i strzeleckie prowadzi w firmie CSAT – Centrala Szkoleń AT, a projekty edukacyjne dotyczące bezpieczeństwa społecznego i przeciwdziałania radykalizacji realizuje w Instytucie Bezpieczeństwa Społecznego.

REKLAMA

Andrzej „Wódz” Kruczyński – najczęściej zadawane pytania

Czym była operacja na platformie KAAOT i dlaczego uchodzi za punkt zwrotny w historii GROM-u?

W nocy z 20 na 21 marca 2003 roku operatorzy JW GROM opanowali iracki morski terminal przeładunkowy ropy KAAOT w północnej części Zatoki Perskiej. Równolegle amerykańscy Navy SEALs zajęli sąsiedni terminal MABOT. Celem było niedopuszczenie do wysadzenia instalacji naftowej, co skaziłoby akwen i zablokowało transport do jedynego głębokowodnego portu Iraku. Operację przeprowadzono bez strat własnych i ofiar po stronie przeciwnika. Była to pierwsza tak duża akcja bojowa polskiego wojska od zakończenia II wojny światowej, a szturmem dowodził ppłk Andrzej Kruczyński.

Ile czasu zajęło opanowanie platformy?

Główny rurociąg zabezpieczono po kilkunastu minutach od wejścia. Pełna kontrola nad obiektem, wraz z przeszukaniem pomieszczeń i zatrzymaniem około dwudziestu osób, zajęła według relacji dowódcy około godziny i dwudziestu minut. Polacy zeszli z platformy dopiero nad ranem, ponieważ Amerykanie przejmujący obiekt przez kilka godzin nie mogli nawiązać łączności z centrum operacyjnym i zameldować przejęcia.

Na ilu misjach był Andrzej Kruczyński?

Na czterech. Pierwszą było Haiti w 1994 roku, drugą Wschodnia Slawonia, trzecią Kosowo i Macedonia, czwartą Kuwejt i Irak w 2003 roku. W Kosowie działał w ubraniu cywilnym, z paszportem dyplomatycznym, w kilkuosobowej grupie ochraniającej szefa misji obserwacyjnej.

Dlaczego odszedł z JW GROM?

Zdecydował uraz kręgosłupa, z którym wrócił z misji w Iraku – rozpadnięty dysk uciskający rdzeń kręgowy i paraliż połowy ciała. Po operacji usłyszał, że skoki spadochronowe i nurkowanie odpadają, a dowódca Zespołu Bojowego jest normalnym członkiem zespołu i musi działać na pierwszej linii razem z ludźmi. Drugim powodem był spór z dowódcą jednostki o obsadę stanowisk w jego zespole.

Czym zajmuje się dzisiaj?

Prowadzi firmę szkoleniową CSAT, działającą od 2006 roku, kieruje Biurem Bezpieczeństwa Produktów w ORLEN S.A. i współpracuje z Instytutem Bezpieczeństwa Społecznego. Specjalizuje się w profilaktyce antyterrorystycznej, procedurach kryzysowych i bezpieczeństwie szkół – w latach 2009–2010 CSAT stworzył program „Bezpieczna szkoła”. Jest też autorem i współautorem książek o bezpieczeństwie oraz komentatorem medialnym w sprawach wojskowych.

Źródła

POWIĄZANE_WPISY