W 2011 roku, w prowincji Ghazni, Arkadiusz „Motyl” Dembiński został trzykrotnie postrzelony z karabinka AK z odległości zaledwie kilku metrów. Dwa pociski zatrzymała kamizelka balistyczna. Trzeci przeszył prawą nogę na wylot i uszkodził nerw na tyle, że w szpitalu polowym nie dało się wyczuć tętna w stopie – jeden z lekarzy rozważał natychmiastową amputację. Dwa lata po tym zdarzeniu Dembiński wygrał Puchar Świata w kickboxingu, po raz pierwszy w karierze. Zanim jednak do tego doszło, dwukrotnie stawał do morderczej selekcji do GROM-u w Bieszczadach. Za pierwszym razem wrócił z niczym.
Kim jest Arek „Motyl” Dembiński
Do sił specjalnych trafił z miasteczka, w którym o GROM-ie nikt wtedy nie słyszał, i z rodziny, w której mundur był czymś naturalnym. Ojciec był policjantem, jeden wuj strażakiem, a drugi również policjantem. Brat wybrał szkołę oficerską i służbę w Wojsku Polskim. O tym, że w dokumentach po babci znajdzie jeszcze informację o pradziadku w stopniu podpułkownika, Dembiński dowiedział się dopiero po latach.
Czerwony beret pod dyskoteką
Dembiński urodził się w 1979 roku w Nowym Mieście Lubawskim, dwunastotysięcznym miasteczku w województwie warmińsko-mazurskim. Grał w piłkę, trenował trójbój siłowy, biegał, w końcu został przy kickboxingu. Do wojska iść nie musiał. Ojciec chorował na raka, brat był wtedy w szkole oficerskiej, więc Dembiński dostał odroczenie i został w domu, by pomagać matce.
O jego dalszych losach przesądził jeden piątkowy wieczór pod dyskoteką. Ulicą przeszedł chłopak w czerwonym berecie – takie nosili wtedy komandosi z Lublińca, zanim w 2010 roku zastąpił je beret ciemnozielony Wojsk Specjalnych. Żołnierz był na przepustce, a kolega z ławki rzucił: „idzie komandos”. To słowo brzmiało wtedy jak tytuł filmu ze Schwarzeneggerem. Dembiński zaczął szukać wszystkiego, co dało się na ten temat znaleźć – o 56. i 62. Kompanii Specjalnej, o Lublińcu, o 25. Brygadzie Kawalerii Powietrznej. Na komisji wojskowej dostał kategorię A i zapowiedział, że jeśli ma iść do wojska, to wyłącznie do formacji specjalnych. Do zasadniczej służby wojskowej zgłosił się w 1999 roku, w wieku dwudziestu lat. O Jednostce Wojskowej GROM nadal nie wiedział nic.
Skąd wziął się „Motyl”
Pseudonim przylgnął do niego jeszcze w Lublińcu i miał dwa źródła. Pierwszym były ćwiczenia na drążku, dzięki którym mocno rozbudował plecy (mięśnie najszersze grzbietu, potocznie zwane „motylami”), a drugim – ring, po którym poruszał się na tyle płynnie, że rywale mieli problem z jego trafieniem. „Latasz jak motyl” – powiedział ktoś po walce i tak już zostało. Dziś większość ludzi kojarzy go właśnie po pseudonimie, a nie po nazwisku.
Pięć lat w Lublińcu
Do 1. Pułku Specjalnego Komandosów (1 PSK) – formacji, z której wywodzi się dzisiejsza Jednostka Wojskowa Komandosów (JWK) – trafił prosto z poboru. Kwalifikacją dla poborowych był wtedy po prostu egzamin sprawnościowy. Pierwszym sitem okazała się urzędniczka w Wojskowej Komendzie Uzupełnień (WKU), która na wieść o tym, dokąd chce trafić, odpowiedziała, że do takiej jednostki dostać się praktycznie nie sposób. Dembiński uznał to po latach za odsiew psychologiczny, tyle że przypadkowy – kto po takich słowach odpuszcza, ten i tak nie zajdzie daleko.
Szczególnie zapadła mu w pamięć pierwsza zasadzka podczas ćwiczeń. Zadaniem sekcji było przejęcie wojskowego transportu, który miał przejechać drogą przez las. Dembiński z kolegą przebrali się za robotników drogowych i rozstawiali słupki na poboczu, żeby spowolnić kolumnę, podczas gdy reszta sekcji leżała w ukryciu przy drodze. Tak wyglądała praca, po którą przyszedł do pułku.
Zasadnicza służba zbiegła się z momentem, w którym pułk przechodził na system służby zawodowej. Dembińskiemu zaproponowano kontrakt na pięć lat – z mieszkaniem w jednostce i codziennym szkoleniem bojowym zamiast służby z poboru. Podpisał.
Nazwę „GROM” usłyszał po raz pierwszy właśnie w Lublińcu, od dowódcy, który sam startował na selekcję. Początkowo nie zrobiło to na nim wrażenia – w pułku powtarzano, że mają u siebie kilku takich GROM-owców w kompaniach i nie ma po co nigdzie przechodzić. Zmieniła to dopiero misja w Iraku, gdzie operatorzy GROM-u szkolili polskie pododdziały oraz doradzali im przy patrolach i ochronie najważniejszych osób (tzw. VIP-ów). Dembiński zobaczył ich nowoczesny sprzęt, zmodyfikowane pojazdy taktyczne i zupełnie inny sposób myślenia o zadaniu. Uznał wtedy, że wie znacznie mniej, niż mu się wydawało.
Podanie, życiorys i list motywacyjny napisał odręcznie jeszcze podczas misji w Iraku. Zaklejoną kopertę przekazał koledze wracającemu do kraju, a ten doręczył ją żonie Dembińskiego. Dostała jedynie instrukcję, pod jaki adres ma ją wysłać, nie mając pojęcia, co jest w środku. Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewał.

Dwie selekcje do GROM-u
Do GROM-u startował dwa razy. Zaraz po powrocie z Iraku otrzymał wezwanie, zaliczył testy sprawnościowe i pojechał w góry, gdzie odpadł. Mówi o tym otwarcie – nie był przygotowany fizycznie ani psychicznie, więc po prostu odpuścił. Dopiero przed drugim terminem zaczął się świadomie przygotowywać, wiedząc już mniej więcej, co go czeka.
Droga do GROM-u zaczynała się długo przed etapem górskim. Od wysłania papierów do zaproszenia na testy minął rok. Następnie odbył się etap sprawnościowy z wyśrubowanymi limitami – dobry wynik w skali wojsk lądowych nic tu nie znaczył. Kolejny etap odsiewu stanowił sprawdzian z walki wręcz, połączony z oceną psychologa: trzy godziny pracy na workach, tarczach i w parach, a na koniec sparingi, w których przeciwnicy zmieniali się co dwie, trzy minuty. Dembiński miał wtedy za sobą medale mistrzostw Polski w kickboxingu i kurs instruktorski Krav Magi, więc po kilku rundach instruktor kazał mu usiąść z boku, uznając, że wystarczy mu już sparingów, i polecił walczyć innym. Potem przyszedł czas na próbę mającą wykluczyć lęk wysokości – zadania na wieży ćwiczeń w jednej z warszawskich jednostek straży pożarnej, ze zjazdem na linie i przeprawą po linie poziomej. Kto ją zaliczył, dostawał od instruktora karteczkę z adresem i godziną zbiórki w Bieszczadach. To, w jaki sposób kandydat tam dotrze, nie interesowało już nikogo.
Druga selekcja trwała osiem dni i siedem nocy. Na pierwsze testy stawiło się ponad pięciuset chętnych, w góry pojechało około stu, a do końca dotrwała zaledwie garstka. Pierwsze dni to marsze na azymut w dwójkach. Startowali też ludzie z policji, straży pożarnej i pogotowia, których trzeba było najpierw nauczyć czytania mapy. Śnieg sięgał miejscami klatki piersiowej. Partner Dembińskiego z pary zrezygnował z prowadzenia już po dwudziestu metrach, przez co mordercze przecieranie szlaku spadło głównie na „Motyla”. Potem dochodziły biegi, marszobiegi z obciążeniem na czas, pobudki w środku nocy z granatami hukowymi i zaledwie pięcioma minutami na spakowanie się. Grupa z Lublińca rozdzieliła między siebie namiot – osobno poszycie, osobno podłoga, osobno reszta osprzętu – żeby nikt nie dźwigał wszystkiego naraz, i codziennie wymieniała się częściami. Gdy jeden z nich odpadł i zostawił swój fragment, Dembiński pod koniec selekcji niósł cały namiot sam.
Przedostatniego dnia odbył się morderczy nocny maraton (tzw. gra o przetrwanie). Kandydaci wyruszali pojedynczo w kilkuminutowych odstępach, a o zaliczeniu decydowało to, ilu rywali zdołało się wyprzedzić i ilu wyprzedziło kandydata. Dembiński szedł całą noc z odparzonymi i obdartymi do krwi stopami. Gdy zorientował się, że mijają go kolejni pretendenci, zmuszał się do biegu – paradoksalnie, w biegu stopy bolały go mniej. Na mecie czekał oficer znany w jednostce jako „Czarny” (śp. płk Sławomir Berdychowski, przez lata kierownik selekcji do GROM-u), który po wbiegnięciu Dembińskiego poinformował instruktorów, że wszyscy, którzy dotrą po tym numerze startowym, odpadają. Koledzy Dembińskiego z Lublińca byli za nim.
Był jeszcze egzamin nawigacyjny – każdy szedł sam, otrzymując na każdym ze szczytów współrzędne kolejnego punktu. Podczas zbiegania Dembiński zauważył, że zgubił numer startowy, co samo w sobie kończyło selekcję. Zawrócił, wbiegł z powrotem na górę i numer odnalazł. Wyruszał jako ostatni, a na metę dotarł w drugiej dziesiątce, bo kilka osób pobłądziło w lesie.
Cenę za samo podejście do selekcji zapłacił jeszcze w Lublińcu. Gdy w pułku dowiedziano się, że startuje, zaczęły się blokady kursów i szkoleń. Dowódca przetrzymał rozkazy przeniesienia kilkunastu osób do Warszawy na tyle długo, że z GROM-u dzwoniono z pytaniem, gdzie ci ludzie są, skoro powinni służyć tam od miesiąca. Nagrody za wyniki ze sprawdzianu sprawnościowego przepadły, bo „zdradzili” pułk.
Kurs Podstawowy i pierwsze lata w zespole bojowym
Samo przejście selekcji jeszcze niczego nie gwarantowało. Otwierała ona drogę na Kurs Podstawowy (w żargonie zwany bazowym lub „bazówką”), który w przypadku Dembińskiego trwał trzynaście miesięcy – jeden z najdłuższych w historii, ponieważ akurat przebudowywano program. Rozpoczynał się od sześciu tygodni tzw. zielonej taktyki (działań w terenie otwartym), bez telefonów: rozpoznanie, zasadzki, rajdy i planowanie. Blok zamykał egzamin, w którym kandydat musiał samodzielnie opracować zadanie dla pododdziału i przedstawić je w formie rozkazu bojowego – dokumentu określającego sytuację, cel działania, podział zadań i zasady łączności. Wszystko to przy pięciu godzinach snu na dobę. Żona przez ten czas miała wyłącznie numer do oficera dyżurnego jednostki. Następnie odbywały się bloki strzeleckie w specjalistycznym obiekcie treningowym (tzw. killhouse), szkolenia z czarnej taktyki (walki w przestrzeniach zamkniętych – CQB), taktyki niebieskiej (operacji na akwenach) oraz medycyny pola walki, a każdy z tych bloków zamykał osobny egzamin. Przed samym kursem doszedł jeszcze etap, którego dziś nie ma – pełnienie wart, podczas których wystarczyło jedno potknięcie, żeby wypaść z listy kandydatów.
Przejście do GROM-u obciążyło też domowy budżet. Rodzina została w Lublińcu, Dembiński wynajmował lokum w Warszawie, a dodatek specjalny za przejście do GROM-u wynosił zaledwie czterysta pięćdziesiąt złotych. Przez trzynaście miesięcy utrzymywali dwa domy.
Na tym samym kursie zaczęła się jego druga rola w jednostce. Jeden z instruktorów walki wręcz nabawił się kontuzji kolana, drugi wyjechał, a gdy główny instruktor spytał, czy ktoś poprowadzi zajęcia, koledzy wskazali Dembińskiego. Prowadził je przez kilka miesięcy kursu i został przy tym na lata.
Różnicę między obiema formacjami (1 PSK a GROM) opisuje przede wszystkim jako różnicę w organizacji szkolenia. W GROM-ie wszystko było poukładane w logiczne bloki i etapy, a walka wręcz stanowiła obowiązkowy punkt planu – dwa razy w tygodniu, razem z technikami obezwładniania, kajdankowaniem i pracą z bronią w zwarciu. Zastrzega przy tym, że mówi o realiach sprzed lat i że dzisiejszy Lubliniec, Formoza czy AGAT przeszły od tego czasu długą drogę, a szkolenie jest dziś we wszystkich formacjach Wojsk Specjalnych spójne. Sam po odejściu z wojska szkolił jednostki, w których wcześniej służył albo z którymi współdziałał.
Tempo pracy operatora
Wbrew popkulturowym wyobrażeniom o pojedynczych, spektakularnych akcjach, praca w oddziale bojowym oznaczała przede wszystkim mordercze tempo. Dembiński pamięta zmianę, w czasie której przeprowadzili sto dwadzieścia albo sto sześćdziesiąt operacji w ciągu zaledwie pół roku, i od razu zaznacza, że tylko niewielka ich część polegała na bezpośrednim odbijaniu zakładników.
- Akcje bezpośrednie (DA – Direct Action) – uderzenia na obiekty, zatrzymania i przeszukania, najczęściej nocą, z czasem reakcji liczonym w minutach w ramach dyżuru sił szybkiego reagowania (QRF – Quick Reaction Force).
- Rozpoznanie specjalne (SR – Special Reconnaissance) – skryte wyjazdy na tydzień lub dwa poza bazę w celu zebrania informacji do kolejnych uderzeń.
- Ochrona osobista (CP – Close Protection / VIP Protection) – zabezpieczanie najważniejszych osób w rejonach zagrożenia (w tym wizyt najwyższych władz państwowych).
- Wsparcie wojskowe (MA – Military Assistance) – szkolenie i współdziałanie z formacjami sojuszniczymi (np. amerykańskimi czy afgańskimi).
Deklarowany czas reakcji wynosił kwadrans od decyzji do startu, choć zdarzało im się być w powietrzu po zaledwie pięciu minutach. Przy operacjach ratowania zakładników (HR – Hostage Rescue), jak podsumowuje, nikt nie czeka, aż jednostka na spokojnie się przygotuje. W okresach podwyższonej gotowości spali w pełnym oporządzeniu.
Zmieniała się przy tym jego rola w sekcji. Zaczynał jako operator szpicy (tzw. jedynka / ang. pointman) – żołnierz wchodzący do pomieszczenia jako pierwszy, czyli znajdujący się na najbardziej narażonej pozycji. Z biegiem lat przechodził na kolejne pozycje w szyku, z którymi wiązały się inne zadania i inny zakres odpowiedzialności. Pełnił funkcję ratownika medycznego (tzw. medyka sekcji), a na koniec operatora torującego (tzw. breachera) – odpowiedzialnego za tworzenie przejść (wyłomów) przy użyciu materiałów wybuchowych lub narzędzi mechanicznych (np. strzelby gładkolufowej). Przy ochronie prezydenta pracował w zewnętrznym pierścieniu z ręcznym karabinem maszynowym (rkm) Minimi. Miał dostęp do około czterdziestu rodzajów broni, a pełne oporządzenie robiło z dziewięćdziesięciokilogramowego operatora maszynę o wadze stu czterdziestu pięciu kilogramów – i w tym trzeba było biegać oraz przechodzić przez mury.
Wysokość jednego Motyla
Z tamtych lat pochodzi też historia, od której wzięła się specyficzna wewnątrzjednostkowa miara wysokości. Dembiński skakał z czterech i pół tysiąca metrów i wbrew zasadom postanowił otworzyć spadochron dopiero pod chmurami. Chmury tymczasem obniżyły pułap o trzysta metrów, a on – skrajnie wyczerpany i obolały po dwóch dniach ciężkich treningów przed mistrzostwami Polski – nie trafił za pierwszym razem w uchwyt pilocika spadochronu głównego. Gdy spojrzał na wysokościomierz, ten wskazywał zaledwie pięćset metrów, a instruktor, z którym leciał, już otworzył swój spadochron i oddalał się. Spadochron zapasowy, który musiał wyciągnąć sam, otworzył się na wysokości około dwustu trzydziestu metrów. Od tamtej pory w jednostce mówiło się, że coś jest „na wysokość jednego Motyla”, a z nagrania zrobiono materiał szkoleniowy pokazujący, czego absolutnie nie należy robić.
Operacje ratowania zakładników (Hostage Rescue)
Do zadań, za które odpowiadał, należały operacje uwalniania osób przetrzymywanych przez bojowników. O skali mówi ostrożnie – pamięta co najmniej dwie uwolnione osoby, w tym Afgańczyka pełniącego funkcję publiczną. Zapamiętał głównie to, że nie było po nich widać zmęczenia, tylko samą ulgę, mimo że procedura i tak nakazywała założyć uwolnionemu kajdanki i dokładnie go sprawdzić, zanim ktokolwiek uzna sprawę za zamkniętą.
Bywało też odwrotnie. Przy próbie odbicia porwanego amerykańskiego żołnierza pracowały trzy jednostki naraz – obok GROM-u także Amerykanie i jedna z sojuszniczych formacji specjalnych. Niestety, szturmy trafiały w pustkę (w żargonie określane jako tzw. dry hole, czyli szturm na pusty obiekt). Jeńca odbili kilka dni później Amerykanie – według relacji Dembińskiego dokonała tego Delta Force. Więcej o działaniach jednostki zebraliśmy w osobnym materiale o akcjach GROM-u.
Trzy pociski przyjęte pod Ghazni
Celem była grupa instruktorów szkolących talibów w konstruowaniu i podkładaniu improwizowanych ładunków wybuchowych (IED – Improvised Explosive Device), strzelaniu i medycynie – nie szeregowi bojownicy, lecz ludzie, którzy podnosili skuteczność wszystkich pozostałych. Polowali na konwoje, a potem zaczęli polować także na śmigłowce przylatujące po rannych.
Problem polegał na tym, że mieli informatorów przy bazie. Wystarczyło, że w Ghazni zaczynały pracować wirniki śmigłowców, a informatorzy natychmiast dzwonili do bojowników i po dziesięciu minutach nikogo już nie było na miejscu. Kilka jednostek próbowało wcześniej, jednak bezskutecznie. GROM przygotowywał się do tej operacji ponad dwa tygodnie, szukając sposobu na obejście systemu wczesnego ostrzegania. Samego sposobu Dembiński do dziś nie zdradza – mówi tylko, że udało się zmienić podejście i podlecieć tak, żeby nikt nie wiedział, po kogo lecą. Do rejonu weszły dwa śmigłowce: pierwszy z sekcją wchodzącą do pomieszczeń, drugi z zespołem, który miał przejmować uciekających.
Sekcja z pierwszej maszyny weszła do obiektu. Z podwórka z impetem wyjechały dwa motocykle – jeden na północ, drugi na południe. Komandosi ruszyli w pościg za pierwszym z nich, po czym przekazali zatrzymanego afgańskim służbom, wrócili do śmigłowca i ruszyli za drugim. Kierowca drugiego motocykla co chwila się zatrzymywał i strzelał do maszyny, więc odpowiadał mu ogniem snajper GROM-u, pełniący rolę strzelca pokładowego. Motocykl leżał potem przy jedynym budynku w okolicy, a obok była krew.
Przeszukali podwórko i pomieszczenia – pusto. Ze śmigłowca nadeszła informacja, że ktoś porusza się w ogródku za obiektem. Gdy Dembiński szedł wzdłuż muru, nad jego głową padła seria z karabinka. Postanowił obiec budynek z drugiej strony i pobiegł, a za nim ruszyła reszta sekcji. Gdy Dembiński był niespełna dziesięć metrów przed wyrwą w glinianej ścianie, ranny instruktor talibów wyskoczył zza rogu, zobaczył biegnących operatorów, cofnął się i otworzył ogień do całej sekcji.
Trafiły go trzy pociski wystrzelone z karabinka rodziny AK (potocznie zwanego kałasznikowem). Jeden przeszył prawą nogę na wylot – z tak bliska, że pocisk nie zdążył oddać całej energii kinetycznej w ciele. Dembiński uważa, że właśnie dlatego nie strzaskał mu stawu biodrowego. Dwa pozostałe zatrzymała zintegrowana kamizelka balistyczna – jeden utkwił w bocznej płycie, drugi w płycie i radiostacji osobistej. Płyt bocznych wcześniej nie nosił. Założył je akurat tego dnia, bo spodziewał się trudnego zadania.
Bólu nie poczuł. Zobaczył bezwładną nogę, spróbował na niej stanąć, po czym runął na ziemię. Koledzy osłaniali go ogniem zaporowym, a on doskoczył na jednej nodze do rowu. Zgodnie z procedurami ratownictwa taktycznego (Care Under Fire), ranny w pierwszej kolejności udziela sobie pomocy sam (tzw. samopomoc). Chodzi o to, by nie angażować zdrowych operatorów i nie eliminować z walki kolejnych luf. Krew z rany tryskała na tyle mocno, że najpierw uciskał ją pięścią, zanim zdążył założyć opaskę uciskową (tzw. stazę taktyczną). Pierwszą dawkę morfiny podano mu już na pokładzie śmigłowca ewakuacji medycznej (MEDEVAC).
W szpitalu polowym w bazie w Ghazni lekarzom nie udawało się wyczuć tętna w stopie. Jeden z nich rozważał natychmiastową amputację. Drugi uznał, że rana jest zbyt świeża, żeby cokolwiek przesądzać, i przeforsował decyzję o odczekaniu doby. Tętno wróciło. Wieczorem następnego dnia ruszyła ewakuacja do amerykańskiego szpitala wojskowego w Landstuhl w Niemczech, obsługującego rannych z rejonu bazy lotniczej Ramstein. Kość, mimo że noga wyglądała na wykręconą, nie została naruszona – całe uszkodzenie dotyczyło nerwu i naczyń krwionośnych.
Z tamtego dnia pochodzi też scena, którą sam opowiada jako anegdotę. Dowódca zablokował oficjalną procedurę powiadamiania rodziny przez sztab, żeby żona nie usłyszała o postrzale od obcej osoby przez telefon. Koledzy podali więc rannemu słuchawkę. „Dzień dobry kochanie, nic mi się nie stało” – tak brzmiało to w jego głowie. Żona usłyszała po drugiej stronie sam bełkot, ponieważ był naszpikowany morfiną. Dowódca zadzwonił zaraz po nim i wytłumaczył, z czego to wynikało.
Przebieg tej operacji można dziś opisywać tylko dlatego, że dokumenty odtajniono na dwudziestopięciolecie jednostki, kilka lat po zdarzeniu. Przestrzelona kamizelka i radiostacja trafiły najpierw na wystawę do Muzeum Powstania Warszawskiego, a potem do Sali Tradycji JW GROM.
Całą tę historię Dembiński opowiada sam, własnymi słowami, w poniższej rozmowie poświęconej okolicznościom postrzału.
Dziewięć miesięcy leczenia na Szaserów
W szpitalu w Niemczech spędził tydzień i poprosił dowódcę o powrót do kraju. Lot powrotny zorganizowano w trzy dni, choć wcześniej wydawało się to niemożliwe – przy okazji zabrała się z nim grupa innych rannych Polaków. Na oddziale Wojskowego Instytutu Medycznego (WIM) przy ulicy Szaserów w Warszawie Dembiński przeleżał dziewięć miesięcy.
Rokowania były złe. Jeden z lekarzy powiedział mu wprost, że chodzić nie będzie, o sporcie może zapomnieć, a noga zacznie wracać do normy najwcześniej za pięć lat, bo uszkodzony nerw odbudowuje się bardzo wolno – w skali roku o odcinek rzędu centymetra. Dembiński wyjechał z gabinetu na wózku, przejechał kilka metrów korytarzem i kazał pielęgniarce zawrócić. Wrócił do lekarza tylko po to, żeby zapytać, czy wie, jak ma na drugie imię. „Lucky” – i zapowiedział, że tu jeszcze wróci.
Tempo powrotu wyznaczył sobie sam. Szpitalna rehabilitacja obejmowała mniej więcej godzinę dziennie, więc zaczynał dwie godziny wcześniej na własną rękę, robił przerwę na zajęcia z fizjoterapeutką, wracał do ćwiczeń po obiedzie i dochodził do pięciu godzin pracy na dobę. Leżący obok żołnierz, który był na oddziale już od osiemnastu miesięcy, po jakimś czasie zaczął ćwiczyć razem z nim – najpierw schodzili na oddział rehabilitacyjny, potem wjeżdżali piętro wyżej, jeden na wózku, drugi o kulach.
Operację odtworzenia nerwów przeprowadził chirurg z Dolnego Śląska, a zorganizowała ją bez kolejki Fundacja Sprzymierzeni z GROM. To właśnie ten lekarz powiedział mu, że najlepszą formą rehabilitacji będzie jak najszybszy powrót do kickboxingu – zdanie, które Dembiński potraktował dosłownie. Dwa razy w tygodniu jeździł jeszcze do Wrocławia na akupunkturę, samochodem podstawianym przez jednostkę. Po wyjściu ze szpitala dojeżdżał na zabiegi od trzech do pięciu razy w tygodniu, trzydzieści kilometrów w jedną stronę, i woziła go żona. Cały powrót do sprawności zajął dwa lata, a jednostka wysłała go w międzyczasie na półroczny kurs angielskiego, żeby nie tracił czasu.
W oddziale liczono się z tym, że do zespołu bojowego już nie wróci. Wrócił i pojechał jeszcze na jedną zmianę, przede wszystkim po to, żeby sprawdzić własną reakcję w warunkach bojowych. Psycholodzy nie stwierdzili u niego po tamtym zdarzeniu objawów zespołu stresu pourazowego (PTSD), a jego mózg, jak to ujęła jedna z nich, po prostu wyciął z pamięci twarz człowieka, który do niego strzelał. Resztę zdarzenia pamięta ze szczegółami.
Krzyż Kawalerski Orderu Krzyża Wojskowego: za czyn, podczas którego odniósł rany, Dembiński został odznaczony przez Prezydenta RP Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego. Order ustanowiono ustawą z 18 października 2006 roku jako najwyższe polskie odznaczenie wojskowe za czyny bojowe w czasie pokoju. Jego sylwetka znalazła się wśród żołnierzy przedstawionych na wystawie „MILITO PRO PATRIA” w Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa, gdzie występuje w stopniu młodszego chorążego rezerwy.
Puchar Świata dwa lata po zranieniu
Sport towarzyszył mu od czasów szkolnych – medale mistrzostw Polski zdobywał, jeszcze zanim wyprowadził się z Nowego Miasta Lubawskiego, a najlepsze wyniki przyszły w okresie służby w GROM-ie. Ma na koncie ponad dwieście walk, dwa brązowe medale mistrzostw Europy w formule full contact, drugie miejsce w Pucharze Świata, wielokrotne mistrzostwo Polski i pas zawodowego mistrza Polski w low kicku. Startował też w K-1 i wygrywał pojedynki w brazylijskim jiu-jitsu.
Postrzał w 2011 roku przerwał tę serię, a lekarz prowadzący powiedział mu wprost, że o sporcie może zapomnieć. W 2013 roku, niecałe dwa lata później, Dembiński wygrał Puchar Świata – jak sam podkreśla, po raz pierwszy w karierze.
Zwraca uwagę na obustronną zależność, którą u siebie zauważył – dobre przygotowanie fizyczne przekładało się na odporność psychiczną na selekcji i na misjach, a nawyki wyniesione ze służby porządkowały przygotowanie do walk.
| Rok | Wydarzenie |
|---|---|
| 1979 | Urodzony w Nowym Mieście Lubawskim |
| 1999 | Zasadnicza służba wojskowa w 1. Pułku Specjalnym Komandosów |
| ok. 2000–2005 | Kontrakt w Lublińcu; pierwsza misja – Irak |
| ok. 2004–2005 | Nieukończona pierwsza selekcja do GROM-u; druga zaliczona |
| 2005 | Przyjęcie do Jednostki Wojskowej 2305; trzynastomiesięczny Kurs Podstawowy |
| 2011 | Postrzał w nogę w Afganistanie, groźba amputacji, ewakuacja z Ghazni |
| 2013 | Zwycięstwo w Pucharze Świata w kickboxingu |
| ok. 2017 | Zakończenie służby po 17,5 roku; stopień młodszego chorążego rezerwy |
Walka wręcz – czego uczył operatorów
W zespole bojowym odpowiadał za wyszkolenie w zakresie walki wręcz. Krav Magę trenuje od 1998 roku, uprawnienia instruktorskie ma od 2004, a tytuł eksperta uzyskał w Izraelu; jeszcze w Lublińcu jeździł na izraelskie kursy militarne i ochroniarskie. To połączenie zawodniczego kickboxingu z systemowym podejściem izraelskiej szkoły określa sposób, w jaki mówi o walce na bardzo krótkim dystansie.
Kluczowe jest w nim rozróżnienie kontekstu. Walka sportowa toczy się według zasad, z sędzią i znaną liczbą przeciwników. Zadanie operatora wygląda inaczej – liczy się walka w przestrzeniach zamkniętych (CQB), techniki obezwładniania i kajdankowania, kontrola osoby zatrzymanej i płynne przejście od walki wręcz do użycia broni palnej (tzw. przejście na broń), a nie zwycięstwo na punkty.
- Skuteczność i powtarzalność zamiast efektowności – niewielki zestaw technik doprowadzony do automatyzmu jest wart więcej niż szeroki repertuar wykonywany przeciętnie.
- Wydolność jako fundament odporności psychicznej – zmęczenie odbiera zdolność podejmowania decyzji szybciej niż ból.
- Trening w oporządzeniu taktycznym – technika działająca w dresie na macie nie musi działać w ciężkiej kamizelce balistycznej, z karabinkiem i w hełmie.
- Współpraca szkoleniowa – wymiana doświadczeń z partnerami zagranicznymi wprowadziła do jednostki rozwiązania, których wcześniej nie stosowano.
System wypracowany w jednostce okazał się na tyle skuteczny, że Dembiński prowadził według niego zajęcia także dla amerykańskiej jednostki specjalnej stacjonującej w Niemczech.
Życie po służbie
Odszedł nie dlatego, że musiał. Wrócił po postrzale do zespołu bojowego, odbył jeszcze jedną zmianę i uznał, że stan nogi nie pozwoli mu już działać na dawnym poziomie, a spowalnianie sekcji jest ryzykiem, którego nie chce brać na siebie. Do tego doszły względy rodzinne – w domu było już drugie dziecko, a starszy syn przez cały okres rehabilitacji nie chciał odwiedzać ojca w szpitalu.
Dziś prowadzi własną działalność szkoleniowo-doradczą – uczy taktyki strzeleckiej z bronią krótką i długą, walki wręcz oraz Krav Magi. Doradza instytucjom, firmom prywatnym i służbom mundurowym. Wśród szkolonych przez niego formacji znalazły się między innymi Grupy Interwencyjne Służby Więziennej. Po rosyjskiej napaści na Ukrainę 24 lutego 2022 roku zainteresowanie takimi szkoleniami przerosło jego możliwości. Telefony odzywały się w soboty i niedziele, a zgłoszenia potrafiły przyjść o dwudziestej trzeciej. Przez pierwsze dwa miesiące – jak sam mówi – odmówił szkolenia większej liczbie osób niż przez całe wcześniejsze życie, a na ponad dwieście maili z pytaniami, czy kupować broń i czy wyjeżdżać z kraju, przestał być w stanie odpisywać.
Osobnym wątkiem jest praca z młodzieżą. Uczył w klasach mundurowych, dojeżdżając do szkół w Toruniu, Bydgoszczy, Łodzi i Warszawie, gdzie w programie były pierwsza pomoc i podstawy strzelania, a dla wyróżniających się uczniów organizował wizyty w Sali Tradycji JW GROM. Prowadzi też regularne zajęcia z Krav Magi i Muay Thai pod Warszawą, a adrenalinę, której brakowało mu po odejściu, zastąpił strzelectwem sportowym, trójbojem i jazdą po torze. Spadochronu już nie zakłada.
O jedynym epizodzie, który sam nazywa zespołem stresu pourazowego (PTSD), mówi w kontekście, którego nikt by się nie spodziewał. Nie chodziło o Afganistan, lecz o przyjaciela z branży, Rafała Waliłkę, z którym współpracował m.in. przy projektach konwersji karabinkowych do pistoletów Glock. Waliłko powiedział mu przez telefon, że umiera. Dembiński nie odebrał tego dosłownie, odłożył wizytę o kilka dni i to on ostatecznie znalazł jego ciało. Z powodu szoku i poczucia winy przez kolejne dwa tygodnie spał przy zapalonym świetle.
Jest dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich weteranów sił specjalnych w mediach – regularnie występuje w podcastach, w których komentuje szkolenie, funkcjonowanie jednostek i współczesne konflikty.
Gdzie szukać Dembińskiego: ofertę szkoleń strzeleckich, zajęć z walki wręcz i Krav Magi oraz usług doradczych prowadzi pod własnym nazwiskiem – arekmotyldembinski.pl. Rozmowy, w których opowiada o służbie w GROM-ie, publikuje na swoim kanale w serwisie YouTube.
Arek „Motyl” Dembiński – najczęściej zadawane pytania
Czy Arek „Motyl” Dembiński przeszedł selekcję do GROM-u za pierwszym razem?
Nie. Pierwsze wezwanie dostał zaraz po powrocie z misji w Iraku, zaliczył testy sprawnościowe, ale odpadł na etapie górskim – jak sam mówi, nie był przygotowany fizycznie ani psychicznie i odpuścił. Do drugiego terminu przygotowywał się świadomie i selekcję ukończył, wbiegając na metę nocnego maratonu jako ostatnia osoba przyjęta w tym etapie.
Co się stało z nogą „Motyla” i czy wrócił do służby?
W 2011 roku został postrzelony w prawą nogę z karabinka AK. Pocisk przeszył ją na wylot i uszkodził nerw. W szpitalu polowym w Ghazni nie wyczuwano tętna w stopie i rozważano amputację, ale po dobie tętno wróciło. Po dziewięciu miesiącach na oddziale WIM przy Szaserów i dwóch latach rehabilitacji wrócił do zespołu bojowego i odbył jeszcze jedną zmianę.
Skąd wziął się pseudonim „Motyl”?
Z ringu i z drążka. W Lublińcu dużo ćwiczył na drążku, przez co rozbudował plecy (tzw. motyle), a w walkach poruszał się na tyle płynnie, że rywale skarżyli się, że nie mogą go trafić – „latasz jak motyl”. Pseudonim przylgnął na stałe i dziś jest rozpoznawalny bardziej niż jego nazwisko.
Jaki stopień wojskowy miał Arek Dembiński i ile lat służył?
W materiałach Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa występuje jako młodszy chorąży rezerwy. Służba zawodowa trwała siedemnaście i pół roku – blisko pięć lat w 1. PSK w Lublińcu i około dwunastu i pół roku w GROM-ie – a do tego doszedł jeszcze rok zasadniczej służby wojskowej.
Za co Dembiński dostał Krzyż Kawalerski Orderu Krzyża Wojskowego?
Order przyznano mu za zasługi i poświęcenie w czasie walki, za czyn bojowy, podczas którego odniósł ciężkie rany. Order Krzyża Wojskowego, ustanowiony w 2006 roku, jest najwyższym polskim odznaczeniem wojskowym nadawanym za czyny bojowe w czasie pokoju.
Jakie sukcesy w kickboxingu ma Arek Dembiński?
Stoczył ponad dwieście walk, zdobył dwa brązowe medale mistrzostw Europy w formule full contact, drugie miejsce w Pucharze Świata i pas zawodowego mistrza Polski w low kicku, a mistrzostwo Polski wywalczył wielokrotnie. Puchar Świata wygrał w 2013 roku, dwa lata po postrzale.
Źródła
https://www.arekmotyldembinski.pl/o-mnie.html
https://www.polskamowi.pl/bezpieczenstwo/arek-motyldembinski-weteran-byly-operator-oddzialu-bojowego-grom/
https://www.youtube.com/watch?v=Nnvg1Xr61Jo
https://www.youtube.com/watch?v=NhFFGpjqSRE
https://www.youtube.com/watch?v=z4eAyuyFvec
https://www.youtube.com/watch?v=dnmAGmEgwqk
https://www.youtube.com/watch?v=4NnigkzS_k0




