Do Wojskowej Komendy Uzupełnień pojechali we dwóch. Kolega, który wpadł na pomysł szkoły wojskowej i namówił do niej Pollaka, ostatecznie nie złożył papierów. Dariusz wrócił do domu z kompletem druków i skierowaniem na badania.
Dwadzieścia pięć lat później kończył służbę jako starszy chorąży sztabowy i operator GROM-u, z czterema misjami w Afganistanie, 461 skokami spadochronowymi i Złotą Odznaką jednostki. Sam mówi o sobie, że jest żołnierzem z przypadku, a nie z powołania. Ta historia pokazuje, jak z przypadku narodziła się droga przez trzy zupełnie różne rodzaje wojsk – i co zostało po niej w cywilu.
Kim jest Dariusz „Daro” Pollak
Zanim trafił do desantu, przeszedł przez szkołę pancerną i dwa lata służby w wojskach pancernych, w których – poza strzelaniem i prowadzeniem wozów – nie znosił niczego. To wojsko wybrało jego, a nie odwrotnie.
Śląsk, zamknięta szkoła i wizyta w WKU
Pollak urodził się w maju 1975 roku w Bielsku-Białej, a dzieciństwo spędził w Zabrzegu koło Czechowic-Dziedzic, w rodzinie górniczej bez wojskowych tradycji. Ojciec był sztygarem, dziadek i wujkowie pracowali pod ziemią. Górników zwalniano wtedy z zasadniczej służby, więc w jego otoczeniu nie było nawet żołnierzy z poboru.
Z mundurem kojarzył mu się tylko „Czterech pancernych i pies”, oglądany w dzieciństwie. Śladem starszego o dwa lata brata poszedł do szkoły górniczej, gdzie – ku własnemu zaskoczeniu – nabrał chęci do nauki. Trzy razy z rzędu kończył rok z czerwonym paskiem. Chciał iść dalej do technikum, ale w 1993 roku nie było naboru na tryb dzienny. Wtedy pojawiła się propozycja kolegi: szkoła wojskowa, dająca średnie wykształcenie i zawód.
W komendzie uzupełnień zapytano go, co chciałby robić w wojsku. Odpowiedział tak, jak większość osiemnastolatków: czerwone berety i skoki spadochronowe.
Do Poznania pojechał na pięciodniowe egzaminy. Na jedno miejsce przypadało dziesięciu–jedenastu chętnych. Dopiero w trakcie usłyszał, że rok 1993 jest ostatnim naborem do trzyletniej szkoły chorążych dla absolwentów zawodówek – i że szkoła prowadzi wyłącznie kierunek pancerny.
Zdał z siedemnastą lokatą, wbrew modlitwom matki, która miała nadzieję, że mu się nie powiedzie. Chorąży ogłaszający wyniki dodał: „To i tak lepiej niż szesnastu przed panem”. Pollak zrozumiał dopiero po latach, że część wyższych miejsc obsadzono po znajomości. Zdobywca pierwszej lokaty nie potrafił podciągnąć się na drążku ani razu. Kierunek, który ukończył, nosił nazwę technik współczesnego pola walki. Licencjat zrobił później.
Trzy czołgi w Żurawicy
Po szkole trafił do 14. Brygady Pancernej w Żurawicy pod Przemyślem i został dowódcą 3. plutonu czołgów. Dowodził trzema fabrycznie nowymi, wciąż objętymi gwarancją T-72. Jak sam ocenia, w tej służbie cenił dwie rzeczy: strzelanie i kierowanie wozami.
Reszta to były poligony. Pobudka o czwartej rano, pobranie uzbrojenia pokładowego, rozgrzanie nagrzewnic i próba oddania pierwszych strzałów o ósmej – co praktycznie nigdy się nie udawało.
Pierwszy wniosek o przeniesienie do 6. Brygady Desantowo-Szturmowej złożył już w pierwszych miesiącach służby – sam raz mówi o dwóch miesiącach, a raz o pół roku. Przez kolejne miesiące ponawiał go bez poparcia dowódcy kompanii, który powiedział mu wprost, że nie lubi chorążych.
Przeszedł dzięki zbiegowi okoliczności. Brygadę szykowano do rozformowania, więc podpisano podania leżące na biurku dowódcy. Następnego dnia okazało się, że jednostka jednak zostaje, a resztę wniosków zablokowano. Jego podanie zdążyło przejść dalej.

Dziewięć lat w 18. Bielskim Batalionie Desantowo-Szturmowym
W 18. Bielskim Batalionie Desantowo-Szturmowym (od 1 lipca 2010 roku noszącym nazwę Powietrznodesantowego) wylądował w 1998 roku, w 2. kompanii szturmowej. Sam podsumowuje ten moment krótko: złapał Pana Boga za nogi.
Zaczął robić rzeczy, które go interesowały: maszerować z plecakiem po górach, strzelać inaczej niż w brygadzie pancernej, uczyć się angielskiego i – przede wszystkim – skakać ze spadochronem.
Pierwszym zagranicznym wyjazdem służbowym były natowskie ćwiczenia Dynamic Response w Bośni i Hercegowinie w 1998 roku. Jechało się tam pociągiem tydzień w jedną stronę.
W pierwszym roku został skoczkiem spadochronowym. Uprawnienia instruktora zdobył w 2002 roku we Wrocławiu – z rocznym opóźnieniem, bo w 2001 roku zerwał więzadło krzyżowe na kursie instruktorów narciarstwa. Służbę zakończył z 461 skokami. Chciał dobić do pięciuset, ale dwa lata przed odejściem złamał nogę w stawie skokowym. Nie zdążył.
W samym GROM-ie uzbierało się ich około trzystu przez dziesięć lat, mimo że przez ostatnie dwa lata służby nie skakał w ogóle – najpierw uraz, potem decyzja o odejściu. To dużo jak na jednostkę, w której spadochron jest środkiem przerzutu, a nie celem samym w sobie – i wynika z przydziału do sekcji skoków z dużych wysokości, o czym dalej.
Kosowo – rok w siłach szybkiego reagowania (QRF)
Do Kosowa pojechał na pierwszą misję batalionu, tuż po zakończeniu konfliktu. Kontyngentem dowodził wtedy ppłk Roman Polko, którego po pół roku odwołano do Warszawy, by objął GROM. Spędził tam rok w siłach szybkiego reagowania (QRF – Quick Reaction Force): każdy strzał albo nietypowe zgłoszenie oznaczały zajęcie miejsc w BRDM-ach i wyjazd. Ślady wojny były na tyle świeże, że zdarzało się mijać zwłoki w rzece, a po lasach nadal poruszali się ludzie z rozwiązywanej Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK).
Z tego okresu wyniósł dwie rzeczy. Pierwszą był angielski. W wojsku mało kto mówił wtedy płynnie, a Pollak, świeżo po półrocznym kursie, został wyznaczony do kontaktów z żołnierzami Zielonych Beretów (US Army Special Forces) stacjonującymi w tej samej bazie. Zabierali go na loty śmigłowcami Black Hawk i w konwoje eskortujące serbskich mieszkańców przez całe Kosowo – do Serbii i z powrotem.
Drugą był ślub. W listopadzie 1999 roku dostał tygodniowy urlop, wziął ślub cywilny i wrócił na misję. Na ślub kościelny przyleciał w czerwcu 2000 roku, znów tylko na przepustkę.
Irak 2004 – misja, która odwróciła sposób myślenia
Na drugą zmianę Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku batalion pojechał w 2004 roku, do bazy Camp Charlie w Al-Hilli. Z lotniska w Bagdadzie, gdzie Herculesy lądowały nocą po ciasnej spirali, jechali bułgarskim konwojem na ciężarówkach. Mieli broń, ale ani jednego naboju.
Misję przez cały czas nazywano pokojową. Pollak uważa to za zakłamywanie rzeczywistości. Pierwsza zmiana rzeczywiście trafiła na spokojniejszy okres, ale przez pół roku iracki ruch oporu zdążył się zorganizować.
Jego zmiana zbiegła się w czasie z rewoltą Armii Mahdiego pod wodzą Muktady as-Sadra. Pollak pełnił wtedy służbę w bazie Zielonych Beretów, gdzie polska drużyna odpowiadała za wewnętrzną ochronę obiektu – tydzień u Amerykanów, tydzień na własnych patrolach. Tam też po raz pierwszy zetknął się z operatorami GROM-u, którzy przyjechali z dowódcą amerykańskich sił specjalnych w Iraku zaplanować przechwycenie człowieka odpowiadającego za finanse as-Sadra. Według Pollaka to po tej operacji w prowincji wybuchły regularne walki. Z tego samego okresu pamięta amerykańskiego kontraktora, z którym zamienił dwa zdania na stołówce w Karbali – jak twierdzi, był to jeden z czterech pracowników Blackwater zabitych 31 marca 2004 roku w Faludży, których ciała tłum powiesił na moście nad Eufratem.
Sam opisuje trzy zdarzenia z tamtej zmiany. Pierwszym była zasadzka pod wioską, którą właśnie omijała kolumna siedmiu pojazdów. Granat z RPG przeleciał między Honkerem a wozem łączności i wbił się w nasyp, nie zdążywszy się uzbroić. Wóz łączności zgasł, a trzy ostatnie pojazdy zostały same.
Pollak strzelał z Beryla do ludzi przebiegających w zaroślach – pierwszy raz w życiu do człowieka. Zapamiętał rozgrzane łuski, które parzyły nogi tak, że wziął je za odłamki, oraz skwierczenie skóry na asfalcie, na którym położył się z podwiniętymi rękawami. Od tamtej pory nigdy ich nie podwijał. Po dwóch minutach walki z trzech magazynków, jakie każdy dostawał na wyjazd, został mu niecały jeden. Dopiero po tym zdarzeniu do wozów trafiły skrzynki z zapasową amunicją.
Drugim był ostrzał moździerzowy posterunku na moście, na którym Polacy zastąpili wycofujących się na noc Ukraińców. Spadło sporo granatów moździerzowych kalibru 60 mm, do tego doszedł ogień z karabinów maszynowych prowadzony w ciemności na oślep. W panice przewrócono maszt i posterunek stracił łączność z bazą. Rano przyjechał oficer, żeby sprawdzić ślady po wybuchach. Nie znalazł żadnych lejów, bo granat moździerzowy uderzający w twardy grunt zostawia tylko osmolony ślad w kształcie gwiazdy.
Trzecie zdarzenie to rozpoznanie rejonu, z którego prowadzono ogień. Rano Pollak zabrał trzy Honkery, w każdym po czterech żołnierzy, i pojechał powoli wzdłuż rzeki, szukając śladów i łusek. Po drugiej stronie stał miejscowy i przyglądał się kolumnie.
Po dwóch kilometrach zawrócili. Na polecenie Pollaka kierowca przyspieszył – i to prawdopodobnie uratowało załogi. Improwizowany ładunek wybuchowy (IED), skonstruowany z pocisków artyleryjskich ułożonych na wale, eksplodował za pierwszym samochodem. Ustawiono go na wzniesieniu, tak że siła wybuchu poszła w górę. Żaden odłamek nie trafił w pojazdy.
Sławomir Stróżak był jedynym oficerem 18 batalionu poległym w Iraku. 2. kompania szturmowa batalionu nosi dziś jego imię.
Śmierć dowódcy
Najcięższy moment tamtej zmiany, do którego Pollak wraca w każdym wywiadzie. Po nocy spędzonej na dwugodzinnych patrolach QRF po Al-Hilli kompania pojechała na zaplanowany wyjazd na skraj strefy. W drodze powrotnej strzelec z wieżyczki zauważył coś przy drodze. Dowódca zawrócił i podszedł to sprawdzić. Ładunek wybuchł.
Pollak dobiegł do rannego pierwszy i zaczął go opatrywać, a gdy sanitariusz krzyknął, że obok leży kolejny niewybuch, odciągnął go za kamizelkę kilka metrów dalej. Stróżak zmarł tego samego dnia w amerykańskim szpitalu w Bagdadzie.
- Ładunek
- 3 × 155 mm
- Morfina
- Brak
pociski artyleryjskie, obok drugi niewybuch
autostrzykawek nie wydawano wtedy żołnierzom
Z Iraku Pollak wyniósł wniosek, który po dwóch latach popchnął go do zmiany jednostki. Wojska konwencjonalne działają powtarzalnie: te same trasy patroli, te same pory, ta sama strefa odpowiedzialności. Przygotowanie zasadzki na taki oddział nie wymaga dużego wysiłku.
Pollak – jak mówi – zaczął czuć się zwierzyną, na którą łatwo zapolować. Jeden ze starszych Zielonych Beretów, z którymi pełnił służbę, powiedział mu wtedy, że jeśli myśli o siłach specjalnych, ma na to najwyżej dwa–trzy lata.
Dwie selekcje do GROM-u
Bezpośrednim powodem odejścia nie były jednak misje, tylko to, co zastał w batalionie po powrocie. Trafił do zespołu TACP (ang. Tactical Air Control Party), czyli komórki naprowadzającej lotnictwo i artylerię na cele – zalążka tego, co dziś robią Wysunięci Nawigatorzy Naprowadzania Lotnictwa (JTAC).
Zespół miał niewiele zadań pomiędzy poligonami, więc dowództwo przydzielało jego ludziom funkcje nieetatowe. Pollak dostał zadania związane z ochroną obiektu: wydawanie przepustek i kontrolę ogrodzenia. Miarka przebrała się, kiedy zamiast pojechać na skoki jako instruktor spadochronowy, musiał patrolować teren wzdłuż płotu i liczyć oczka w siatce.
Poszedł do dowódcy jednostki i postawił sprawę wprost: albo to się zmieni, albo odchodzi. Usłyszał, że trudno.
Zgłoszenia nie wysyłało się wtedy przez internet – trzeba było znać kogoś, kto poda adres skrytki pocztowej. Kolega z Lublińca, którego Pollak pytał o przeniesienie do tamtejszego pułku, poradził mu, żeby skoro już się przenosi, szedł do najlepszych. Selekcje odbywały się dwa razy w roku, jesienią i wiosną. Z jego naboru, jak szacuje, na dwudniowe testy psychologiczne stawiło się ponad sto osób, na egzamin sprawnościowy około sześćdziesięciu, a w góry poszło około czterdziestu.
| Okres | Etap służby |
|---|---|
| 3 lata | Szkoła Chorążych Wojsk Pancernych w Poznaniu |
| 2 lata | 14. Brygada Pancerna w Żurawicy – dowódca plutonu trzech czołgów T-72 |
| 1998–2007 | 18. Bielski Batalion Desantowo-Szturmowy – 9 lat |
| 1999–2000 | Misja w Kosowie – siły szybkiego reagowania (QRF) |
| 2004 | Irak, II zmiana PKW – Al-Hilla, prowincja Babil |
| listopad 2006 | Pierwsza selekcja do GROM-u – rezygnacja drugiego dnia |
| marzec 2007 | Druga selekcja – ukończona na drugiej pozycji |
| wrzesień 2007 | Przeniesienie do Jednostki Wojskowej GROM |
| 2008–2014 | Cztery misje w Afganistanie: Kandahar, Ghazni, Kabul |
| 2017 | Zakończenie służby po 25 latach w stopniu st. chor. sztab. |
Na pierwszą selekcję w listopadzie 2006 roku poszedł praktycznie z marszu. Wcześniej raz czy dwa wyszedł w góry, żeby przećwiczyć nawigację. Odpadł z powodu niewłaściwego sprzętu.
Założył, że w Bieszczadach w listopadzie będzie przenikliwie zimno, i wziął cienkie, nieprzemakalne spodnie narciarskie – wtedy nie było go stać na odzież z membraną Gore-Tex. Nieprzemakalna warstwa zatrzymała pot w środku. Pierwszego dnia wylewał wodę z butów. Drugiego dnia był już skrajnie odwodniony i pozbawiony elektrolitów; pod górę musiał chwytać nogawki rękami, żeby zginać i prostować nogi. Instruktorzy, widząc, że słabnie, zamiast zapowiedzianej przerwy dołożyli jeszcze jedną górę – „ostatnich gryzą psy”, jak brzmi selekcyjne powiedzenie. Zrezygnował, mając przed sobą jeszcze kilka dni marszu. W drodze powrotnej musiał zatrzymywać samochód, bo skurcze łapały go nawet w palcach na kierownicy.
Do drugiego podejścia, w marcu 2007 roku, przygotował się metodycznie. Jak podkreśla, to żona zachęciła go do złożenia papierów na kolejny termin, gdy zobaczyła, w jakim stanie wrócił. Testów psychologicznych nie musiał powtarzać.
Trenował pięć razy w tygodniu, w tym robił podbiegi z ciężkim plecakiem pod wyciągiem na Szyndzielnię. Kupił porządne spodnie górskie i zaplanował nawadnianie: rano dostawał wodę do własnych butelek, resztę uzupełniał z rzeki. Jedną butelkę wody mineralnej niósł przez całą selekcję jak szampana, żeby otworzyć ją przedostatniego dnia. Po tygodniu picia wody z rzeki uznał, że tamta smakowała lepiej.
Ostatniej nocy odezwało się ścięgno Achillesa i po raz jedyny sięgnął po dozwolony środek przeciwbólowy. Selekcję skończył na drugiej pozycji, przegrywając wyłącznie z przewodnikiem górskim z Bieszczad. W wieku trzydziestu dwóch lat był już przyzwyczajony do spojrzeń ludzi, którzy widzieli w nim kogoś przyjeżdżającego po kontakty, a nie po ukończenie selekcji.
Sylwetka operatora: Pollak konsekwentnie obala mit umięśnionego komandosa z okładki. Wśród uczestników jego Kursu Bazowego można było spotkać zarówno korpulentnych mężczyzn, jak i szczupłych biegaczy – po żadnym z nich nie dało się poznać, gdzie służy. Sam zaznacza, że na selekcji stracił trzy, cztery kilogramy, bo nie miał czego tracić – i wspomina idącego przed nim kandydata z JW Formoza, którego masywne, umięśnione uda odmawiały posłuszeństwa z każdym krokiem pod górę. Zbyt niski poziom tkanki tłuszczowej i duża masa mięśniowa to na wielodniowym marszu obciążenie, nie przewaga. Sam ma 170 cm wzrostu i lubi przypominać, że mit „samych wielkich chłopów w GROM-ie” nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością – a kiedy na jednej z afgańskich operacji kolega mierzący ponad 190 cm przeczołgał się pod belką ogrodzenia, on po prostu ją przekroczył.
Kurs Bazowy i Zespół Bojowy C
Papiery przenoszące go do jednostki dostał na 1 września 2007 roku. Trafił na moment formowania Zespołu Bojowego C. Zespół nie miał jeszcze dowódcy – Pollak okazał się pierwszym żołnierzem przypisanym do tego etatu.
Przez kilka tygodni, bez dowódcy zespołu i bez szefa, wypełniał własną dokumentację żywnościową. Tego też musiał nauczyć się na miejscu. Selekcją, którą ukończył, kierował Sławomir „Czarny” Berdychowski – późniejszy twórca i pierwszy dowódca Jednostki Wojskowej Agat. Skład Zespołu C kompletował już w trakcie sprawdzianu w Bieszczadach; Pollaka wypytywał między innymi o angielski.
Kurs Bazowy zaczął się 1 października i trwał rok. Otwierały go dwa czy trzy tygodnie na poligonie jednostki w reżimie zbliżonym do unitarki: pobudka o szóstej, ograniczone jedzenie, mało snu, nawigacja w dzień i w nocy, przeprawy przez rzeki. Następnie realizowano kolejne etapy szkolenia – strzelanie, zieloną i czarną taktykę, szkolenie wysokościowe, zajęcia minersko-pirotechniczne, walka z użyciem strzelby gładkolufowej. Podczas samych ćwiczeń ze zrywania kontaktu ogniowego Pollak wystrzelał w dwa dni około dziesięciu tysięcy sztuk amunicji; limitów w jednostce nie było.
Podczas kursu urodził mu się syn. Kierownik dał mu pięć dni wolnego, ale Pollak, jadąc z Warszawy, usłyszał od żony przez telefon, że nie musi się już spieszyć – był właśnie za tablicą z nazwą Bielska-Białej. Przez pierwsze miesiące życia dziecka widział je w sumie pięć dni.
Zajęcia kończyły się egzaminami. Na zakończenie kursu przyjeżdżał gen. Sławomir Petelicki, żeby przywitać nowych operatorów – tradycja przetrwała jeszcze wtedy, gdy nie dowodził już jednostką. Karabinek KAC SR-16, który Pollak dostał po dołączeniu do zespołu, wymieniono mu zaraz po kursie na HK416.
Do najbardziej niezwykłych ćwiczeń zalicza wspólne szkolenie z amerykańskim 160. Pułkiem Lotnictwa Operacji Specjalnych: desant ze śmigłowców Little Bird lądujących na lokomotywie i Black Hawków siadających płozami na wagonach jadącego pociągu, a potem szturm na skład.
Cztery misje w Afganistanie
Kurs skończył na przełomie czerwca i lipca 2008 roku, a w sierpniu był już w Kandaharze – w szczytowej formie fizycznej i strzeleckiej.
Pierwsza zmiana miała charakter, którego nie powtórzyła żadna następna. Mieszana ekipa złożona z Zespołu Bojowego C, JW Formoza i żołnierzy 1. Pułku Specjalnego Komandosów (dzisiejszej JWK) wyjeżdżała na trzy- i pięciodniowe operacje. Z bazy wychodziło się od razu na azymut, bez korzystania z dróg.
Pollak podkreśla, że właśnie brak powtarzalności odróżnia wojska specjalne od konwencjonalnych. W tamtym rejonie kontakt z przeciwnikiem zdarzał się rzadko, ale każdy niósł około dziesięciu magazynków, zapasy na kilka dni i sprzęt do bytowania w polu. Sam sprzęt ważył około 34 kg. Przy jego dziewięćdziesięciu kilogramach dawało to 120–130 kg w ruchu.
Podczas jednej z operacji okrążenia i przeszukania (ang. cordon and search) wioski wszedł do pomieszczenia jako pierwszy. O mało nie strzelił do pary wielkich oczu w narożniku. Należały do osła.
Z tamtej zmiany zapamiętał też zadanie, do którego zespół intensywnie się przygotowywał, choć ostatecznie zostało odwołane – jego nazwa zdradzała intencję zleceniodawcy. Amerykanie przekazali je pod kryptonimem „kill or capture” – z odwróconą kolejnością członów wobec rutynowych zadań typu „capture or kill” (schwytaj lub zabij). Pollak zwraca uwagę, że ta gra słów nie była przypadkowa: normalnie zabicie celu jest ostatecznością, gdy nie ma innego wyjścia, a tutaj kolejność ustawiono odwrotnie.
Kolejne zmiany, w rejonie Ghazni, przypadły na okres, w którym wojna w Afganistanie przechodziła w fazę nocnych uderzeń na obiekty, i miały już inny charakter – krótkie, uderzeniowe wyjścia na cele, wyprowadzane ze śmigłowców. Między pierwszą a drugą zmianą Pollak pojechał z kolegą na trzymiesięczny kurs Pathfinder w Stanach Zjednoczonych (wyznaczanie i obliczanie lądowisk dla śmigłowców), a w jednostce trafił do sekcji HALO/HAHO, w której doszedł do funkcji zastępcy dowódcy – jego najwyższy skok to 10 000 m przy −54°C, do tego kilka z 8000 m.
Operację uwolnienia zakładników (Hostage Rescue) z trzeciej zmiany – jego zdaniem najlepszą robotę, do jakiej w ogóle szkoli się GROM – opisuje jako przykład tego, jak rzeczywistość weryfikuje plany. Dwa–trzy dni po przylocie, jeszcze przed aklimatyzacją, przyszła informacja, że w górach przetrzymywani są afgańscy policjanci współpracujący z NATO, a ich egzekucja, nagrywana na potrzeby propagandy, ma się odbyć za dwa dni. Amerykańskie Chinooki wysadziły zespół nocą na górskim lądowisku, w założeniu na tyle daleko od celu, żeby śmigłowców nie było słychać – do przejścia mieli około 20 km. Na zdjęciach satelitarnych nie było widać pokrywy śnieżnej: wyszli z rampy prosto w śnieg po kolana, z drabinami na plecach, i marsz zaplanowany tak, by uderzyć około drugiej–trzeciej w nocy, wydłużył się o dwie godziny. Kiedy o świcie byli kilkaset metrów od wioski, z meczetu odezwało się wezwanie na modlitwę – w najgorszym możliwym momencie. Cała grupa przeszła do biegu, żeby zdążyć przed reakcją porywaczy. Dwie sekcje weszły po drabinach do dwóch połączonych ze sobą zabudowań: sekcja Pollaka trafiła na pusty budynek, druga – na śpiących strażników, którzy, jak sam to ujmuje, nie byli dość pobożni, by wstać na modlitwę. Zakładników uwolniono, a ich i zatrzymanych zabrały śmigłowce. Pollak nazywa to „żołnierskim szczęściem” – gdyby porywacze wstali, doszłoby do wymiany ognia.
Osobną kategorią były działania przy skrytkach z bronią. Podczas lotu powrotnego pilot śmigłowca wypatrzył w opuszczonych zabudowaniach niebieskie beczki – jak się okazało, wypełnione saletrą, czyli komponentem do produkcji improwizowanych ładunków wybuchowych (IED). Zespół wrócił tam za dnia z amerykańskim zespołem EOD (ang. Explosive Ordnance Disposal – saperami), obłożył skład materiałem wybuchowym i zdetonował go. Zaraz po eksplozji ktoś zaczął do nich strzelać. Pollak, ubezpieczający z karabinkiem maszynowym Minimi, do końca nie znalazł celu, do którego mógłby odpowiedzieć ogniem.
Ostatnia zmiana: najkrótszy wyjazd Pollaka trwał trzy miesiące i przypadł na Kabul, gdzie jednostka wspierała zamykanie polskiej placówki dyplomatycznej. Poleciały trzy sekcje Zespołu C z małym komponentem logistycznym, które co dziesięć dni rotowały między ambasadą a bazą. Operatorzy jeździli po mieście w cywilnych ubraniach opancerzonymi Toyotami, a polska placówka – obok rosyjskiej – była jedną z dwóch ambasad poza chronioną przez Amerykanów strefą zieloną (Green Zone). Ambasadorem był wtedy Piotr Łukasiewicz (2012–2014), ostatni ambasador RP w Afganistanie, pułkownik rezerwy, którego Pollak nazywa swoim kolegą. Decyzję o likwidacji ambasady minister spraw zagranicznych podjął 14 sierpnia 2014 roku, wydział konsularny zamknięto 31 października, a placówka przestała działać 31 grudnia 2014 roku. Łącznie na misjach i wyjazdach Pollak spędził ponad trzy lata poza domem.
Złota Odznaka, złamana kostka i decyzja o odejściu
Zapytany o odznaczenia, Pollak stawia sprawę inaczej, niż spodziewa się pytający. Medale w wojsku dostaje się za rozmaite rzeczy i w jednostce nikt nie przywiązywał do nich większej wagi. Liczyła się Odznaka GROM, przyznawana w trzech stopniach: brązowa przysługuje każdemu żołnierzowi jednostki, srebrna nie należy się już z automatu, a Złota Odznaka wymaga spełnienia rygorystycznych warunków – między innymi dziesięciu lat służby w jednostce, wyjazdu misyjnego i nienagannej opinii. Pollak dostał ją tuż przed odejściem.
Impuls do zakończenia służby przyszedł z zupełnie prozaicznej strony. Podczas ćwiczeń w Krakowie, przygotowujących jednostkę do zabezpieczenia Światowych Dni Młodzieży, wchodził po drabinie w pełnym oporządzeniu. Drabina złamała się pod obciążeniem, a on spadł z wysokości pierwszego piętra i złamał nogę w stawie skokowym. Pół roku leczenia i rehabilitacji wystarczyło, żeby zaczął się zastanawiać. Do sprawności wrócił, ale na ćwiczeniach zobaczył coś innego: młodsi o kilkanaście lat operatorzy poruszali się inaczej niż on.
- Nie chodziło o wydolność – w ćwiczeniach siłowych czy w walce wręcz nadal potrafił zmęczyć niejednego młodszego kolegę.
- Chodziło o płynność ruchu – czterdziestodwulatek obok dwudziestosiedmiolatka wypada inaczej, nawet w bardzo dobrej formie.
- Doświadczenie działa w drugą stronę – dlatego nikt w jednostce nie pozbywa się doświadczonego operatora. Młodsi mają się od kogo uczyć, a najstarszy podoficer w zespole z definicji jest jednym z najbardziej doświadczonych ludzi w składzie.
- Decyzja dojrzewała rok – i tu, podobnie jak przy drugiej selekcji, istotny wpływ miała jego żona.
Odszedł w 2017 roku, po dwudziestu pięciu latach służby. Sam wskazuje własny błąd: Amerykanie powtarzali, że plan na cywilne życie trzeba mieć gotowy trzy lata przed odejściem, a on takiego planu nie miał – były propozycje osób trzecich, na które przystał bez głębszego namysłu. Odpoczynek po odejściu wystarczył mu na tydzień, najwyżej dwa.
C12 Spec i Operacja Furia – życie po służbie
Samo przejście do cywila ocenia dziś surowo. Odchodził w wieku czterdziestu trzech lat bez przemyślanej ścieżki na dalsze życie – i to uważa za największy błąd.
Radość z nicnierobienia wyczerpała się po tygodniu, najwyżej dwóch. Nie potrafił już usiedzieć w miejscu. Nie ukrywa też rachunku, jaki wystawiła służba: ponad trzy lata poza domem, obciążenie najmocniej odbijające się na rodzinach i wyeksploatowany organizm. Po pięćdziesiątce daje o sobie znać bark, choć w jego historii nie ma żadnego konkretnego urazu.
Pierwsza spółka szkoleniowa, w którą wszedł od razu po wyjściu z wojska, rozsypała się. Wtedy uznał, że woli mieć pretensje do siebie niż do kogokolwiek innego, i w 2018 roku założył własną firmę: C12 Spec. Szkolenia z siedzibą w Łodzi. Nazwa jest zaszyfrowanym zapisem miejsca w jednostce – Zespół Bojowy C, 1. grupa, 2. sekcja.
Oferta firmy wynika wprost z uprawnień, które zbierał przez ćwierć wieku – instruktora strzelectwa, instruktora spadochronowego z kwalifikacjami HALO i HAHO, operatora torującego (tzw. breachera – odpowiedzialnego za torowanie przejść, od wyważania fizycznego po użycie strzelby i ładunków wybuchowych), a także kursów ochrony VIP, medycznego i Pathfinder:
- Szkolenia strzeleckie – pistolet i karabinek na wszystkich poziomach zaawansowania, dla cywilów i dla służb mundurowych.
- Taktyka i przetrwanie – szkolenia taktyczne dla umundurowanych oraz kursy typu SERE.
- Pirotechnika i psy – cykl szkoleń pirotechnicznych i szkolenie psów służbowych (K-9) dla służb mundurowych.
- Audyty i doradztwo – bezpieczeństwo obiektów, ochrona osób, zajęcia prowadzone po polsku i po angielsku.
Drugim filarem działalności są zawody Operacja Furia, tworzone razem z Agnieszką Wolak. To strzelectwo taktyczne połączone z dużym wysiłkiem fizycznym: obowiązkowa kamizelka z pięciokilogramowym wkładem, hełm, rękawiczki i cztery tory między ósmą a siedemnastą.
Na trasie pojawiały się między innymi: strzelanie z poruszającego się pojazdu HMMWV (Humvee), tor leśny ze strzelaniem w ruchu, tunel z opon i przeciąganie obciążonego worka. To ostatnie zadanie Pollak przetestował na sobie. Przy stu kilogramach uznał, że nogi odmawiają posłuszeństwa, i zdjął dwadzieścia.
Pierwsza edycja (25–26 września 2021 roku, strzelnica Czacz) zgromadziła 80–90 zawodników na trzech torach. Na drugą, w Ostródzie, 120 miejsc rozeszło się w trzy godziny od otwarcia zapisów.
Przy każdej edycji zmienia się pojazd do strzelania w ruchu – po Humvee był quad, ostatnio buggy. Szósta edycja odbyła się 28–31 maja 2026 roku. Charakterystyczne jest to, kto wygrywa: żaden z zawodników z czołówki pierwszych edycji nie miał doświadczenia wojskowego. Łączy ich regularny trening i praca nad warsztatem, a nie okazjonalne wizyty na strzelnicy.
Sam Pollak przyznaje, że jego pierwsze starty w strzelectwie sportowym, jeszcze w czasie służby, skończyły się bolesną lekcją. Wystrzelane tony amunicji nie zastąpiły znajomości reguł konkurencji.
O drodze, która doprowadziła go od czołgów w Żurawicy do oddziału bojowego – w tym o obu selekcjach – Pollak opowiada w rozmowie poniżej.
Jest jeszcze jeden szczegół, który przewija się przez całą jego karierę: Pollak jest leworęczny. W jednostce oznaczało to drobne, ale realne utrudnienia – skrzydełko bezpiecznika umieszczone tylko po jednej stronie broni dawało ułamek sekundy opóźnienia, przycisk zwalniania magazynka trzeba było obsługiwać środkowym palcem, a kabura dla strzelca leworęcznego – ku jego zaskoczeniu – czekała już w magazynie jednostki. Wypracowane rozwiązania okazały się na tyle trwałe, że kiedy kupił pistolet z obustronnymi manipulatorami, wrócił do starego nawyku. Dziś jest zwolennikiem broni z obustronnymi manipulatorami z zupełnie innego powodu: na jego własnych zawodach zawodnicy regularnie przekładają karabinek na słabszą rękę.
Zapytany o sens tej służby, odpowiada bez patosu: robił rzeczy, których w normalnym życiu nie da się zrobić, i jeszcze mu za nie płacono. Podobne podsumowanie – wojsko oglądane z perspektywy tego, co zostaje po odejściu – wraca w sylwetce Tomasza „Laska” Laskowskiego, który skończył służbę rok później i również prowadzi dziś ośrodek szkoleniowy.
Gdzie szukać Pollaka: szkolenia strzeleckie i taktyczne prowadzi w firmie C12 Spec. Szkolenia, a terminy i zapisy na kolejne edycje zawodów publikowane są na stronie Operacji Furii.
Dariusz „Daro” Pollak – najczęściej zadawane pytania
Ile lat Dariusz Pollak służył w wojsku i w jakich jednostkach?
Dwadzieścia pięć lat. Służbę zakończył w 2017 roku w stopniu starszego chorążego sztabowego. Na tę służbę złożyły się trzy lata w Szkole Chorążych Wojsk Pancernych w Poznaniu, dwa lata w 14. Brygadzie Pancernej w Żurawicy (jako dowódca plutonu czołgów), dziewięć lat w 18. Bielskim Batalionie Desantowo-Szturmowym i dziesięć lat w Jednostce Wojskowej GROM.
Dlaczego nie zaliczył pierwszej selekcji do GROM-u?
Odpadł z powodu niewłaściwego sprzętu, nie przez brak kondycji. Na listopadową selekcję w 2006 roku wziął cienkie, nieprzemakalne spodnie narciarskie, zakładając, że w Bieszczadach będzie bardzo zimno. Warstwa nieprzemakalna zatrzymała pot w środku – pierwszego dnia wylewał wodę z butów, a drugiego, skrajnie odwodniony i pozbawiony elektrolitów, musiał chwytać nogawki rękami, żeby zginać nogi pod górę. Zrezygnował drugiego dnia i wrócił na kolejną selekcję cztery miesiące później, kończąc ją na drugiej pozycji.
Na ilu misjach był Dariusz Pollak?
Na sześciu. Pierwsza to roczna misja w Kosowie na przełomie 1999 i 2000 roku, jeszcze w barwach 18. Bielskiego Batalionu Desantowo-Szturmowego. Druga to Irak w 2004 roku, w ramach drugiej zmiany polskiego kontyngentu w rejonie Al-Hilli. Kolejne cztery to misje w Afganistanie w latach 2008–2014, w rejonach Kandaharu, Ghazni i Kabulu, już jako operator GROM-u. Łącznie poza domem spędził ponad trzy lata.
Co oznacza nazwa C12 i czym zajmuje się ta firma?
To zapis miejsca Pollaka w GROM-ie: Zespół Bojowy C, 1. grupa, 2. sekcja. C12 Spec. Szkolenia działa z Łodzi i prowadzi kursy strzeleckie z pistoletu i karabinka na wszystkich poziomach zaawansowania, szkolenia taktyczne dla służb mundurowych, kursy przetrwania typu SERE, szkolenia pirotechniczne i przewodników psów, a także doradztwo w zakresie bezpieczeństwa i ochrony VIP. Zajęcia prowadzone są po polsku i po angielsku.
Na czym polegają zawody Operacja Furia?
To zawody ze strzelectwa taktycznego wymagające dużego wysiłku fizycznego, organizowane przez Pollaka wspólnie z Agnieszką Wolak. Zawodnik startuje w kamizelce z pięciokilogramowym wkładem, w hełmie i w rękawiczkach, i pokonuje cztery tory od rana do późnego popołudnia. W poprzednich edycjach pojawiały się takie elementy jak: strzelanie z poruszającego się pojazdu HMMWV, tor leśny ze strzelaniem w ruchu między drzewami, tunel z opon i przeciąganie osiemdziesięciokilogramowego obciążenia. Udział wymaga własnego pozwolenia na broń, a do zawodów dopuszczani są wyłącznie strzelcy z dokumentami.
Źródła
https://c12.com.pl/
https://www.youtube.com/watch?v=FR3MkmKn1lw
https://www.youtube.com/watch?v=qSZ7jEdq5os
https://www.youtube.com/watch?v=LauVF9X8U3Y
https://www.youtube.com/watch?v=KE1Nywcxl78
https://www.youtube.com/watch?v=u68Lr9HE-xE
https://www.youtube.com/watch?v=CRQGYLuiXTg
https://www.youtube.com/watch?v=5jN8Mxxxwng
https://tacticrange.pl/blog/wywiady/tam-nie-ma-czlowieka-ktory-powie-nie-byl-w-gromie-a-teraz-szkoli
https://operacjafuria.pl/sezony/
https://pl.wikipedia.org/wiki/S%C5%82awomir_Str%C3%B3%C5%BCak






