BAS-3 // ONLINE
--:--:--
SEARCH // PORTAL BAS-3

ESC aby zamknąć · ↑↓ aby nawigować

Wojskowy samolot transportowy na tle błękitnego nieba, obok niego trzej spadochroniarze na otwierających się białych czaszach
◆ PORTAL BAS-3

Fot. Cpl. Tristin Maximilian, U.S. Army 126th PAOC / Wikimedia Commons , licencja domena publiczna

Mjr Arkadiusz Kups – szef szkolenia 56. Kompanii Specjalnej, twórca Combat 56 i Selekcji

Autor: · · 23 min czytania
◆ Również w: Komandosi

W listopadzie 1993 roku dowódcy 56. i 62. Kompanii Specjalnej przyjechali do Lublińca w dobrych nastrojach. Od ponad roku pisali projekty, poprawiali etaty i wiedzieli już, kto jakie stanowisko obejmie w nowych batalionach specjalnych w Szczecinie i Bolesławcu. Na pierwszej odprawie usłyszeli, że żadnych batalionów nie będzie, a ich jednostki zostaną rozwiązane. Kpt. Arkadiusz Kups był wtedy szefem szkolenia 56. Kompanii Specjalnej. Po latach streszcza tamten dzień krótko: „ktoś zabrał mi zabawki”. Z tej straty wyrosło wszystko, co zrobił później – system walki Combat 56 i Selekcja na poligonie drawskim.

Kim jest mjr Arkadiusz Kups

Mjr rez. Arkadiusz Kups to oficer, który większość służby spędził w jednostkach specjalnych Wojska Polskiego z czasów zimnej wojny. Zaczynał w 1. Batalionie Szturmowym w Dziwnowie, dowodził plutonem płetwonurków i został szefem szkolenia 56. Kompanii Specjalnej w Szczecinie. Po jej rozwiązaniu szkolił żołnierzy 25. Dywizji Kawalerii Powietrznej, a w 1999 roku odszedł do rezerwy.

Szerzej znany jest jako twórca systemu walki Combat 56 i organizator Selekcji – ekstremalnej gry terenowej na poligonie drawskim, którą przez lata pokazywała telewizja. Jest absolwentem Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu i Akademii Obrony Narodowej. W 1998 roku dostał Buzdygana za „niepokorność i odwagę”.

Puck, astma i „Wejście Smoka”

Pochodzi z Pucka i mówi o sobie, że jest rdzennym Kaszubą. Jeden dziadek zginął w 1939 roku w obronie Kępy Oksywskiej, drugi wrócił pieszo z zesłania spod Irkucka. W dzieciństwie był chorowitym chłopcem zagrożonym astmą, z ciągłym zwolnieniem z WF-u. Dziś streszcza to zdaniem, które słyszał w domu: „Aruś, nie biegaj”.

Przełom przyszedł, gdy ojciec zaprowadził go do znajomego trenera piłki nożnej. Kups zaczął grać w piłkę, rzucać oszczepem, pływać i dźwigać sztangę. Jak wspomina, na pierwszym treningu przygniotła go na ławce sztanga o wadze 54 kilogramów, a po roku wyciskał ponad sto. Inspirował się filmem „Wejście Smoka” i odcinkami o jiu-jitsu, które dr Krzysztof Kondratowicz publikował w „Żołnierzu Polskim”. Materiały o wietnamskiej sztuce walki kopiował od Wietnamczyków studiujących na Politechnice Gdańskiej.

Nie był grzecznym chłopakiem. Z paczki kolegów z bloku, jak mówi, nie wszyscy dobrze skończyli. Tuż przed maturą, na praktykach w zakładzie pracy, pobił kolegę tak, że ten trafił do szpitala. Wyrzucono go z technikum mechanicznego w Pucku i musiał powtarzać klasę maturalną.

Szkoła oficerska w stanie wojennym

Myślał o wojskowym AWF-ie, ale bez biologii w szkole średniej nie miał szans. Pojechał na egzaminy do Żagania, gdzie na jedno miejsce w „zmechu”, czyli Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych, przypadało dwunastu chętnych. Komisja proponowała mu szkołę pancerną w Poznaniu. Odmówił i w końcu dostał się do Wrocławia.

Pierwszy rok wspomina jako nieustanne zmęczenie. Po czterech miesiącach trafił do sekcji podnoszenia ciężarów, reprezentował szkołę w pływaniu i w rzucie oszczepem. Uzbierał przy tym siedem kar dyscyplinarnych, które anulowano mu za kolejne medale na spartakiadach.

W czasach pierwszej Solidarności jego ojciec przewodniczył komitetowi strajkowemu w zakładzie we Władysławowie, a syn nosił mundur. Po 13 grudnia 1981 roku podchorąży Kups patrolował Wrocław, pilnował węzła łączności pod miastem, a w czasie pacyfikacji kopalni „Wujek” jego rocznik czekał z bronią i amunicją na ewentualny przerzut na lotnisko. Mówi, że to była dla niego trauma, bo idąc do wojska, nie wyobrażał sobie takich zadań.

FIG_01 // VISUAL_REF
Wojskowy samolot transportowy na tle błękitnego nieba, obok niego trzej spadochroniarze na otwierających się białych czaszach
Spadochroniarze 6. Brygady Powietrznodesantowej wyskakują z samolotu CASA C-295 nad poligonem drawskim, 7 czerwca 2018 roku. Na tym poligonie mjr Arkadiusz Kups szkolił żołnierzy 56. Kompanii Specjalnej, a od 1998 roku prowadzi tu Selekcję.Fot. Cpl. Tristin Maximilian, U.S. Army 126th PAOC / Wikimedia Commons (domena publiczna)

Od Dziwnowa do 56. Kompanii Specjalnej

Na praktykę mógł trafić do pułku czołgów w Wędrzynie, bo przełożony, z którym był w ostrym konflikcie, podmienił mu przydział. Dzięki trenerowi i jednemu z oficerów spadochroniarzy pojechał jednak do 62. Kompanii Specjalnej w Bolesławcu. Tam pierwszy raz zobaczył, czym są działania specjalne, i przeszedł kurs płetwonurków w Gdyni, w czasie którego urodziła mu się pierwsza córka.

Po promocji w 1984 roku okazało się, że papiery do Bolesławca nie dotarły. Do Dziwnowa zgłosiło się kilkunastu chętnych na trzy miejsca. Przewodniczący komisji zapytał, kto ładnie pisze, bo potrzebował kogoś do wypisania listy. Kups, po szkole technicznej, podniósł rękę i w nagrodę mógł wybrać jednostkę. Do dziś powtarza, że w życiu decydują przypadki.

Pierwszy rok w 1. Batalionie Szturmowym

W Dziwnowie poprosił o przydział do kompanii, w której była najcięższa dyscyplina. Pracował od 5.45 do 22.15, a pierwszą wolną sobotę dostał po kilku miesiącach – od 14.00 do 22.15. Już na początku przełożeni wywieźli go zimą na polanę z radiostacją, dwiema racjami żywnościowymi i akumulatorem ważącym około 80 kilogramów. Akumulator był tak ciężki, żeby młody porucznik nie mógł go zostawić i pójść do wsi. Kups nie umiał jeszcze nadawać alfabetem Morse’a, więc egzaminu nie zdał. Od tamtej pory ćwiczył na kluczu w każdej wolnej chwili.

Wiosną podczas zgrupowania spadochronowego na poligonie drawskim wiatr zniósł kilku skoczków w stronę jeziora. Czasza Kupsa zaczepiła się o brzozę, dwóch żołnierzy utonęło. Kazano mu pilnować ciał do wieczora, a potem zawiadomić rodziny. Kiedy następnego dnia rano miał jeszcze jechać na pogrzeb jako przedstawiciel jednostki, odmówił. Dowódcy powiedział wprost, że gdyby to on zginął, do jego żony wysłano by pewnie kaprala. W papierach wpisano mu, że jest „mało odporny psychicznie”.

Stargard i sprawdzian pod łóżkami

Gdy batalion przenoszono do Lublińca, na około 120 osób kadry przypadało kilka mieszkań, a Kups miał już dwoje dzieci. Przeszedł więc do kompanii specjalnej szczebla taktycznego w Stargardzie Szczecińskim. Jak mówi, prawdziwą władzę miał tam oficer polityczny, który tropił w koszarach grzałki z żyletek i prowadził gruby zeszyt z notatkami o każdym żołnierzu zawodowym.

Kups sprawdzał kandydatów do swojej kompanii na drążku w czasie „Dziennika Telewizyjnego”, który wszyscy mieli obowiązkowo oglądać w świetlicy. Kiedy oficer polityczny ruszył na obchód, żołnierze schowali się pod łóżkami. Jednego z nich znalazł, bo w poszukiwaniu grzałek zaczął akurat odrywać deski podłogi. Po półtora roku Kups dostał telefon z propozycją przejścia do 56. Kompanii Specjalnej.

200 dni w roku poza domem

Kompania powstała w Bydgoszczy pod koniec lat 60. z wydzielonej części batalionu z Dziwnowa, a w 1980 roku przeniesiono ją do Szczecina. Oficjalnie była pododdziałem 6. Dywizji Powietrznodesantowej. W rzeczywistości do 1990 roku miała strukturę kompanii radzieckiego specnazu GRU, a jej grupy miały działać ponad 300 kilometrów za linią frontu – na Jutlandii, w Zagłębiu Ruhry i w rejonie kanałów holenderskich. Najważniejszym zadaniem było wyszukiwanie wyrzutni pocisków z głowicami jądrowymi. Kups liczył później, że gdyby batalion z Dziwnowa zniszczył w czasie całej wojny choćby jedną taką wyrzutnię, byłby to sukces, bo jedna głowica to jedno miasto.

Szef szkolenia układał rok według stałego rytmu:

  • styczeń – nurkowanie pod lodem,
  • luty – zgrupowanie narciarskie w Kotlinie Kłodzkiej zakończone pięciodniowym ćwiczeniem w górach,
  • marzec i wrzesień – szkoła ognia z dwoma marszami po 100 kilometrów,
  • czerwiec i lipiec – wspinaczka, skoki spadochronowe i obóz nurkowy,
  • sierpień – ćwiczenie „Kaskada”, w którym grupy działały przez tydzień w całej Polsce, ścigane przez milicję i wojsko,
  • grudzień – ćwiczenie i szkoła ognia połączona z wysadzaniem.

Na wyjazdy do dwóch tygodni nie zabierano magazynu broni. Żołnierz pobierał karabinek i z nim chodził, spał i jadł. Nie było też namiotów ani internatów, tylko to, co Kups nazywa bytowaniem, bo słowo survival poznał dopiero w latach 90. z książek. Żołnierze uczyli się łapać ryby, oprawiać zwierzęta i gotować to, co zdobędą. Kups nie ukrywa, że jadł psa i kota. Koty, jak tłumaczy, łapie się na walerianę, a mięso lepiej gotować niż piec, bo podczas pieczenia wytapia się to, co najcenniejsze.

„Ostatnia deska socjalizmu”: w 1988 roku, w czasie ostatnich strajków w Stoczni Gdańskiej, grupy awangardowe 56. KS poderwano w sobotę i przerzucono samolotem pod Gdańsk. Przełożony powiedział im, że za nimi „nie ma już nic” i są „ostatnią deską socjalizmu w tym kraju”. Kiedy strajk się skończył, żołnierze w grupach, z bronią, wracali do Szczecina autostopem. Mniej więcej dwa lata później ten sam oficer zapowiedział na zgrupowaniu mszę polową z księdzem ze Szczecina i jako pierwszy podszedł do opłatka.

Kompania zabezpieczała też wizytę Jana Pawła II w Szczecinie w 1987 roku, w ramach operacji „Zorza II”, a na początku lat 90. pomagała GROM-owi przy kolejnej pielgrzymce. W 1990 roku z kompanii i jej odpowiedniczek wyrosły pierwsze w Wojsku Polskim w pełni zawodowe grupy specjalne. Jak podkreśla strona Combat 56, trzon tworzonej wtedy Jednostki Wojskowej GROM stanowili właśnie żołnierze zawodowi z 56. KS. W kompanii służyli wtedy m.in. późniejszy dowódca GROM-u Piotr Patalong i Tomasz „Lasek” Laskowski.

„Dowódca zawsze idzie pierwszy”

Jako szef szkolenia Kups wprowadził zasadę, od której zaczyna każdą rozmowę o dowodzeniu: nie można wymagać od żołnierzy dwudziestu wymyków, jeśli samemu się ich nie zrobi. Autorytetu, jak mówi, nie buduje się tym, co ma się na pagonach, tylko tym, jakim jest się człowiekiem. Kompania miała własne normy sprawności, zaliczane raz na kwartał:

NormaKadra po roku w jednostceKadra w drugim roku
Wejścia siłowe na drążku1020
Wymyki na drążku1020
Bieg na 3000 m13:30 min z bronią długą13:00 min w mundurze polowym, w butach, z bronią i maską przeciwgazową

Rekord kompanii w wymykach należał do kaprala Płomienia – 250 powtórzeń. Kto nie zaliczał norm, tracił dodatek uznaniowy, który trafiał do najlepszych. Kups przyznaje, że przyjaciół mu to nie przysporzyło, ale uważa, że inaczej nie dałoby się utrzymać poziomu.

REKLAMA

Combat – system walki, który przeraził dowódców

W 62. Kompanii Specjalnej w Bolesławcu królował kyoksul, wojskowa walka wręcz z Korei Północnej, której na przełomie lat 70. i 80. uczyli w Polsce instruktorzy z tego kraju. Żołnierze nosili ze sobą deseczki i nieustannie utwardzali pięści. Kups trenował wcześniej judo, jiu-jitsu i wietnamskie style, a w 56. KS zaczął łączyć to wszystko w jeden system. Brakowało mu, jak mówi, narzędzi do eliminacji przeciwnika, bo klasyczne, „szlachetne” style ich nie dawały.

Z kompanią szkolił się Krzysztof Kondratowicz, nestor polskiego jiu-jitsu, a także bracia Wiktor i Daniel Głowaccy. Grupa działań psychologicznych, która na poligonach przechwytywała materiały z anten satelitarnych, dostarczała Kupsowi nagrania szkoleń z wojsk zachodnich. Pułkownik z Warszawy, który zobaczył ten stos kaset, poprosił o ich pożyczenie. Kups wzorował się też na węgierskim szkoleniu strzeleckim, a u czeskich kolegów podpatrzył elementy savate.

Pokaz przed Wałęsą w Ziemsku

W 1992 roku 56. KS pojechała na wielką prezentację uzbrojenia na lotnisku Ziemsko na poligonie drawskim. Obok prototypu pistoletu P-94 Wist, radaru NUR-21 i nowego uzbrojenia MiG-ów-29 kompania miała pokazać prezydentowi Lechowi Wałęsie i ministrowi Januszowi Onyszkiewiczowi techniki walki kontaktowej Combat. Kups wspomina, że goście doszli do jego stanowiska, a wtedy ktoś przypomniał prezydentowi o namiocie z jedzeniem. Przedstawiciele dowództw uznali potem techniki za zbyt niebezpieczne i dopuszczalne jedynie w czasie wojny.

Combat miał być, jak mówi jeden z żołnierzy kompanii, „jak kałach – prosty i śmiertelnie skuteczny”. Kups tłumaczy to na przykładzie żołnierza w pełnym wyposażeniu: w butach, kamizelce kuloodpornej i hełmie nie kopnie się wyżej niż w kolano, a w walce o życie nie ma zasad, więc liczą się oczy, zęby, łokcie i wszystko, co ma się na sobie. Hełm i łopatka saperska też są bronią. Byli podwładni wspominają, że nie markował ciosów, bo chciał, żeby każdy poczuł, co ma czuć przeciwnik.

Bez butów na polu walki? W 1993 roku kapitan Kups przyjechał z żołnierzami 56. KS do Lublińca, żeby pokazać swój system. Komandosi z Lublińca przygotowali się do sparingów boso. „Panowie, na polu walki buty będziecie wkładać?” – zapytał Kups. Jeden z uczestników wspomina tamte walki jako „rzeź niewiniątek”: palce w oczach, krew i pokonani najlepsi zawodnicy gospodarzy.

Od Combatu do Combat 56

Po rozwiązaniu kompanii Kups nadał systemowi nazwę Combat 56, żeby upamiętnić jednostkę. Pierwsze szkolenia prowadził w zakładach karnych w Goleniowie, Nowogardzie i Szczecinie, a potem w Kawalerii Powietrznej i na kilkudniowych stażach w Spale, na które przyjeżdżało po 200 osób z jednostek specjalnych, Straży Granicznej, BOR-u i policyjnych antyterrorystów. Z czasem system ewoluował od technik eliminacji w stronę interwencji, strzelectwa bojowego i samoobrony. Pierwsza cywilna sekcja Combat 56 powstała w Szczecinie w marcu 2000 roku.

Andrzej Bryl, Jarosław Bielan i spór o BAS-3

Wśród ludzi, u których Kups szukał brakujących narzędzi, był też nieżyjący już dr Andrzej Bryl, twórca bojowego systemu walki BAS-3. Sam Kups mówi o tym krótko: Bryl zrobił w kompanii dwa szkolenia. Pierwsze było przyjazdem z pokazem, a na drugie przywiózł swoich ludzi, głównie karateków, którym żołnierze 56. KS poprowadzili zajęcia z broni. O tym, co działo się na pierwszym, krążą do dziś dwie zupełnie różne opowieści.

Bryl był mistrzem taekwondo i doktorem socjologii. Swój system pierwszy raz pokazał wojsku w 1982 roku w Akademii Sztabu Generalnego, a w 1991 roku otworzył we Wrocławiu Centrum Szkolenia Specjalnego. Jak pisał w 2003 roku „Super Express”, przez całe lata 90. jeździł po jednostkach specjalnych na zaproszenie ich dowódców. Wojskowi uznali BAS-3 za zbyt krwawy, podobnie jak Combat po pokazie w Ziemsku, i ostatecznie szkolili się nim głównie policyjni antyterroryści.

List-wyzwanie i „zimny prysznic”

Pierwszą wersję spisał dziennikarz Jacek Podoba, autor książki „Zawodowiec” z 1994 roku i reportażu „Bezradni jak dzieci”. Według niego przyjazd Bryla był prywatną inicjatywą kpt. Kupsa, który napisał do niego list-wyzwanie. Fachowcy uważali wtedy Kupsa za komandosa numer jeden w Polsce, a telewizja szczecińska nazwała jego kompanię najlepszą w Europie. Podoba podkreślał, że kapitan miał w tej konfrontacji więcej do stracenia niż do zyskania, ale chciał wiedzieć, czy jego praca ma sens i czy żołnierze nie zawiodą, gdy przyjdzie co do czego.

W tej relacji Bryl pokonał najlepszych ludzi z plutonu kadrowego. Żołnierze, rozbici i pokrwawieni, nie odpuszczali, a Kups próbował przerwać walki dopiero wtedy, gdy jeden z nich zaczął uciekać w stronę lasu. Potem sam stanął naprzeciw Bryla. Jak opisuje Podoba, po ucisku na tętnicę szyjną poddał się po mniej więcej trzydziestu sekundach, rzucił „Wrócimy do tego!”, a nazajutrz przegrał tak samo. Podziękował Brylowi za „zimny prysznic” i kilka tygodni później pojechał do Wrocławia, żeby doszkolić się w BAS-3 i poprowadzić zajęcia w Centrum Szkolenia Specjalnego. Słuchacze obwołali go wykładowcą roku.

„Demonstracja siły na statystach”

Żołnierze 56. KS zapamiętali tę wizytę inaczej. W relacjach, które zebrała Joanna Janik, na poligonie w Jaworzu 40–50 komandosów stanęło w kole, a Bryl pośrodku pokazywał techniki na jednym z nich. Kazał atakować w określony sposób, a kiedy poznał już ruch przeciwnika, zamiast bloku wkładał mu kciuk w oko albo kopał w krocze. „Bryl z nikim nie walczył. To była tylko demonstracja siły na statystach” – mówi jeden z uczestników. Żołnierze zaprzeczają też, że ktokolwiek uciekał, bo według nich nikt nie wyszedł nawet z koła.

Mimo rozgoryczenia wyciągnęli z tego szkolenia wnioski. „Uczyć się można choćby od diabła” – wspomina jeden z nich. Inny zwraca uwagę, że ludzie Bryla zajmowali się walką wręcz zawodowo, a dla komandosa to tylko jedna z wielu umiejętności obok biegania, pływania, strzelania i wspinaczki.

Na seminarium dla 56. KS Brylowi asystował jego uczeń Jarosław Bielan „Czarny”, który trafił do wrocławskiego centrum w 1991 roku. Sam też szkolił się w Szczecinie: w dniach 7–9 stycznia 1993 roku brał udział w szkoleniu ogniowym i sapersko-specjalnym z wydzielonymi grupami specjalnymi 56. KS. Zaświadczenie podpisali dowódca kompanii kpt. Marek Demczuk i jego zastępca do spraw liniowych kpt. Arkadiusz Kups. Jesienią 1993 roku pojechał z Brylem do Lublińca na kurs dowódców pododdziałów specjalnych, gdzie w walkach bez ściśle określonych zasad pokonał wytypowanych komandosów. W relacji Podoby to Bryl kazał wtedy gospodarzom założyć buty, czyli wypowiedział słowa, które żołnierze zapamiętali jako słowa Kupsa.

„Zając nie powinien się brać za gryzienie owiec”

Drogi obu instruktorów rozeszły się, gdy Kups zaczął jeździć po kraju z własnym systemem. Bryl twierdził, że Combat 56 powstał na podstawie BAS-3, a Centrum Szkolenia Grup Specjalnych, które założył Kups, było kopią jego wrocławskiego ośrodka. W opublikowanym na naszym portalu wywiadzie z dr. Andrzejem Brylem nazywał Kupsa świetnym wojskowym, sympatycznym chłopakiem i autorytetem w sprawach wojskowych. Odmawiał mu tylko jednego, czyli kwalifikacji do uczenia walki: „zając nie powinien się brać za gryzienie owiec”.

To relacja jednej strony sporu. Kups wymienia Bryla jako jeden z wielu kontaktów z czasu, gdy szukał dla kompanii nowych rozwiązań, obok Kondratowicza, braci Głowackich i nagrań z Zachodu, a do zarzutu o skopiowanie systemu w cytowanych tu rozmowach się nie odnosi. Po śmierci Bryla jedynym instruktorem upoważnionym do szkolenia w pełnym zakresie BAS-3 pozostał Bielan.

Rozwiązanie 56. Kompanii Specjalnej

Od 1992 roku w sztabach trwały prace nad rozwinięciem 56. i 62. KS w samodzielne bataliony specjalne. Doświadczenia z wojny na Bałkanach pokazywały, że takie jednostki będą potrzebne. Grupy miały zostać na swoim terenie, gdyby przeciwnik zajął Polskę po Wisłę, i organizować na jego zapleczu ruch oporu. Przez dwa lata żołnierze 56. KS dokumentowali mosty, węzły kolejowe i drogowe oraz urządzenia hydrotechniczne od zachodniej do wschodniej granicy. Materiały zajęły cztery duże skrzynie.

Zdecydowano jednak inaczej. Zarządzeniem szefa Sztabu Generalnego gen. Tadeusza Wileckiego z 8 listopada 1993 roku rozwiązano do końca sierpnia 1994 roku wszystkie kompanie specjalne – armijne 56., 62. i 48. oraz dywizyjne. Został tylko batalion w Lublińcu, rozwinięty do pułku, z którego wyrosła dzisiejsza Jednostka Wojskowa Komandosów. Dokumentacja poszła, jak mówi Kups, do zmielenia.

RokWydarzenie
1981Stan wojenny, Kups jako podchorąży patroluje Wrocław
1984Promocja w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych, przydział do 1. Batalionu Szturmowego w Dziwnowie
druga połowa lat 80.Kompania specjalna w Stargardzie Szczecińskim, potem 56. Kompania Specjalna w Szczecinie
1987Zabezpieczenie wizyty Jana Pawła II w Szczecinie (operacja „Zorza II”)
1992Pokaz systemu Combat na lotnisku Ziemsko
8 listopada 1993Zarządzenie o rozwiązaniu kompanii specjalnych
1994Rozwiązanie 56. KS, system dostaje nazwę Combat 56
1998Buzdygan „za niepokorność i odwagę”, pierwsza Selekcja Żołnierza Polskiego
1999Odejście do rezerwy
2016Książka „Major Kups odsłania kulisy… 56 Kompania Specjalna” (z Piotrem Bernabiukiem)
2017XX Selekcja, zapowiedziana jako ostatnia w dotychczasowej formie
2019Książka „Selekcja. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą” (z Agatą Parafjańczuk)
2023Brak zgody na użycie poligonu, Kups ogłasza koniec Selekcji
8–12 lipca 2026Powrót Selekcji na poligon drawski

Kups słyszał trzy wyjaśnienia tej decyzji: że zasugerowali ją sojusznicy, że kompanie były zbyt samodzielne i na ćwiczeniach „porywały” ludzi oraz transporty amunicji, albo że szef rozpoznania potrzebował czterech jednostek szczebla pułku, żeby jego stanowisko stało się generalskie. Uważa, że powody do dziś są tajemnicą, a samą decyzję nazywa strzałem w kolano. Jego zdaniem przerzucanie grup z Lublińca do Szczecina nie miało sensu, bo komandosi działający na obcym terenie nie mają oparcia w miejscowej ludności.

Kawaleria Powietrzna, Buzdygan i odejście z wojska

Po rozwiązaniu kompanii ludzie z Lublińca proponowali mu przejęcie batalionu dywersyjno-rozpoznawczego. Odmówił, bo z małej jednostki, w której o wszystkim decydował, nie chciał iść do „molocha”. Kolejne propozycje to kompania zmechanizowana w Trzebiatowie i kompania czołgów w Czarnem. Trafił do batalionu rozpoznawczego i sztabu 12. Dywizji Zmechanizowanej, gdzie, jak mówi, „wypił morze herbaty”, potem do pułku saperów, a w końcu do 25. Dywizji Kawalerii Powietrznej gen. Mieczysława Bieńka.

W pułku w Leźnicy Wielkiej zastał tory przeszkód zbudowane w jedną noc, brak łączności ze śmigłowcami i spadochrony pożyczane telefonicznie z Lublińca. Zbudował siłownię, saunę i strzelnicę. Z dowódcą pułku się nie dogadywał. Gdy na zawodach sprawdzających przeciągnął linę nad rozlewiskiem i sam przeszedł po niej na drugą stronę, usłyszał, że jest głupi, bo gdyby wpadł do wody, dostałby 500 złotych nagrody.

Czekał na obiecane przez gen. Mariana Sowińskiego stanowisko szefa szkolenia w GROM-ie. Kiedy pod koniec 1997 roku do GROM-u wrócił Sławomir Petelicki, a Sowiński odszedł, Kups dał się namówić na selekcję do jednostki. Miał 39 lat, trzy miesiące wcześniej nosił gips na nodze. Na trasie odmówiła mu posłuszeństwa druga noga, przeciążona w czasie rekonwalescencji, i nie zmieścił się w limitach czasu. Dziś mówi, że był głupi, bo nikt, kto idzie na takie stanowisko, nie startuje w selekcji.

Buzdygan i „kasa i seks”

W 1998 roku minister obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz wręczył mu Buzdygana, nagrodę „Polski Zbrojnej”, „za niepokorność i odwagę”. Kiedy minister zapytał o plany, Kups odpowiedział, że odchodzi do cywila. W tym samym okresie dowódca zrugał go za to, że po godzinach konsultował dla telewizji film o jednostkach specjalnych świata. Zapytany, co jest dla oficera najważniejsze, Kups – który, jak sam przyznaje, miał już wszystkiego dość – odpowiedział: „kasa i seks”, po czym wyszedł z gabinetu.

Dowódca pułku chciał go pożegnać w sali tradycji w poniedziałek, choć Kups był rozliczony w piątek, a od poniedziałku pracował już w Warszawie. Nie pojechał. Pożegnała go kadra, która złożyła się na złoty zegarek. Mówi, że generałem nie został, bo zawsze miał swoje zdanie i „niewyparzony język”.

REKLAMA

Selekcja – ćwierć wieku na poligonie drawskim

Pomysł narodził się w 1998 roku w redakcji „Żołnierza Polskiego”. Dziennikarz Piotr Bernabiuk, którego Kups poznał w lesie podczas jednej z „Kaskad”, zaproponował mu imprezę, która pomagałaby młodym ludziom trafić do jednostek specjalnych, desantowych i rozpoznawczych. W czasach służby zasadniczej o przydziale decydowała wojskowa komenda uzupełnień, a zdolności poborowego nikogo nie interesowały. Pierwsza Selekcja Żołnierza Polskiego odbyła się, gdy Kups był jeszcze w mundurze.

Na poligon drawski przyjeżdżało około stu uczestników wybranych na podstawie listów do redakcji. Od piątej edycji Kups wprowadził preselekcję opartą na treningu obwodowym. W czternaście minut instruktorzy oceniali jednego kandydata, a zespół dwudziestu instruktorów sprawdzał 300 osób w trzy godziny. W najlepszych latach zgłaszało się około 800 chętnych, na poligon jechało stu, a kończyło kilkunastu. Kiedy w 2004 roku zlikwidowano „Żołnierza Polskiego”, Kups został z imprezą sam i skrócił jej nazwę do Selekcji.

Wiersz o trzeciej w nocy

Najtrudniejsza była niepewność. Na Selekcji nie było startu ani mety, nie było ustalonej liczby powtórzeń i nikt poza Kupsem nie znał programu. Uczestnicy robili okrążenie wokół lotniska, potem drugie i piąte, a gdy ktoś rezygnował, sto metrów dalej padała komenda „koniec”. Od trzeciej doby, jak mówi Kups, wszyscy byli jednakowo szarzy, odwodnieni i brudni, a on rozpoznawał ich już tylko po numerach.

Uczestnicy uczyli się na pamięć ponad trzydziestu kodów, azymutów i haseł oraz wiersza, m.in. „Przesłania Pana Cogito” Zbigniewa Herberta. O trzeciej w nocy, po kwadransie snu i przy świetle stroboskopu, musieli je wyrecytować. Kups mówi, że wiersz miał ich prowadzić przez życie. Jeden z absolwentów napisał mu, że do końca życia nie zje paprykarza i uwielbia przytulać się do kaloryfera, ale wie, że nic go już nie złamie. Motto imprezy brzmiało: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”.

Najlepiej zapamiętał Rysia z czwartej edycji – bezrobotnego 37-latka we flanelowej koszuli i starych butach zwanych „traktorami”. Przez trzy dni padał deszcz, a rezygnujący uczestnicy oddawali Rysiowi swój lepszy sprzęt. Doszedł do końca, choć stopy miał, jak mówi Kups, jak „dwa plastry wątroby z mięsnego”. Po emisji programu dostał pracę w ochronie.

Koniec i powrót Selekcji

Odcinki oglądało, jak mówi Kups, ponad milion widzów. Nie było dubli ani ustawianych scen, a kamerzyści pod koniec wyglądali jak uczestnicy. Na imprezę przyjeżdżali ministrowie obrony, dowódca Wojsk Lądowych i obserwatorzy z jednostek specjalnych, a MON wspierał ją sprzętem, w tym śmigłowcem i Rosomakiem. Kups nigdy nie liczył, ilu absolwentów trafiło do JWK, GROM-u, Formozy czy Agatu, ale zna jednego, który po Selekcji przeszedł do GROM-u i sam prowadził tam selekcje. Powiedział mu, że ze wszystkich prób, jakie przeszedł, ta była najtrudniejsza.

W 2017 roku, przy dwudziestej edycji, Kups zapowiedział, że to ostatnia Selekcja w dotychczasowej formie. Tłumaczył, że dla obecnego pokolenia impreza jest za trudna, a liczba chętnych na preselekcję spadła poniżej 400. Zauważył też, że kobiety są coraz lepiej przygotowane i w zadaniach wymagających panowania nad emocjami radzą sobie lepiej niż mężczyźni. Impreza odbywała się jednak dalej, także w odmienionej formie, jak Speed Selekcja w 2018 roku.

W 2023 roku, po 25 latach, Kups ogłosił koniec Selekcji. Jak tłumaczył, MON nie ujął imprezy w planie współpracy i organizatorzy nie dostali zgody na użycie poligonu drawskiego, choć mieli za sobą kilka miesięcy przygotowań. Po przerwie Selekcja wróciła w 2026 roku. Preselekcja odbyła się 21 czerwca, a właściwa impreza 8–12 lipca, jak zawsze na poligonie drawskim. Na starcie stanęły 34 osoby, w tym dwie kobiety.

Po wojsku – ochrona, szkolenia i „Mam Talent”

W pierwszej pracy w cywilu ochraniał wpływowego biznesmena, który przeniósł się do Polski z Austrii i chciał mieć ochroniarza z Legii Cudzoziemskiej. Polecił go jeden z absolwentów pierwszej Selekcji. Kups mówi, że miał wtedy 39 lat i było to za wcześnie – dusił się tak, że wsiadał w samochód i jechał 120 kilometrów do Tomaszowa, żeby popatrzeć na skoki i poczuć zapach paliwa lotniczego. Był też członkiem zarządu Fundacji Byłych Żołnierzy Jednostek Specjalnych GROM.

Potem założył własną firmę. Szkolił jednostki rozpoznawcze przed wyjazdami do Iraku i grupy rozpoznania osobowego wywiadu wojskowego przed Afganistanem, a także formacje MSW i BOR. Wymyślał konkurencje do programów „Zdobywcy”, „Kryptonim Kotlina”, „Ekstremalna Dwójka”, „Trudny cel” i „Co masz do stracenia”. Od około 15 lat ze swoim zespołem zabezpiecza występy akrobatyczne i kaskaderskie w „Mam Talent!”. Mówi, że to jego źródło adrenaliny, bo lina musi zjechać w konkretnej sekundzie, a po drugiej stronie wisi żywy człowiek. Jako biegły ocenia też sprawy z użyciem noża.

„Dziś się pracuje, nie służy”

Kups uważa, że dzisiejsze wojsko jest mentalnie zbyt blisko korporacji i zbyt blisko polityki, a więcej uwagi poświęca się w nim wizerunkowi niż przygotowaniu. Jest przekonany, że Polska prędzej czy później wróci do obowiązkowej służby wojskowej, choćby półrocznej. Uważa, że już po aneksji Krymu w 2014 roku trzeba było zacząć uczyć społeczeństwo, jak przygotować dom na brak prądu i wody, i odbudowywać przemysł zbrojeniowy zamiast tylko kupować sprzęt. Pytany, czym jest ojczyzna, odpowiada, że jest tam, gdzie leżą prochy ojca i dziadka, i że to dla niej zakłada się mundur.

W 2025 roku mówił, że ma 65 lat. Rano biega, w garażu ma siłownię i nadal szkoli ludzi. Na pytanie, czy przyjdzie kiedyś moment, gdy wystarczy mu spacer z psem po lesie, odpowiada, że może to już ten czas. W tej samej rozmowie przyznał jednak, że nie wie, jak długo będzie jeszcze potrzebował „tego speedu”.

REKLAMA

Mjr Arkadiusz Kups – najczęściej zadawane pytania

Gdzie służył mjr Arkadiusz Kups?

Zaczynał w 1. Batalionie Szturmowym w Dziwnowie, potem służył w kompanii specjalnej w Stargardzie Szczecińskim i w 56. Kompanii Specjalnej w Szczecinie, gdzie dowodził plutonem płetwonurków i był szefem szkolenia. Po rozwiązaniu kompanii w 1994 roku służył m.in. w 12. Dywizji Zmechanizowanej i w 25. Dywizji Kawalerii Powietrznej. Do rezerwy odszedł w 1999 roku w stopniu majora.

Kto stworzył Combat 56 i skąd wzięła się jego nazwa?

System stworzył Arkadiusz Kups na przełomie lat 80. i 90., łącząc elementy kyoksul, judo i jiu-jitsu z doświadczeniami jednostek specjalnych Wschodu i Zachodu. Początkowo nazywał się po prostu Combat i służył do szybkiej eliminacji przeciwnika. Po rozwiązaniu 56. Kompanii Specjalnej w 1994 roku Kups dodał do nazwy jej numer, żeby upamiętnić jednostkę.

Kto prowadził program „Selekcja” i czym różnił się od biegów przeszkodowych?

Scenariusz pisze i imprezę prowadzi mjr Arkadiusz Kups, od pierwszej edycji w 1998 roku. Po przerwie Selekcja wróciła w lipcu 2026 roku. Trwa pięć dni i nocy na poligonie drawskim, przy minimalnej dawce snu i bez znanego programu, nagród czy mety. Kups podkreśla, że w biegach przeszkodowych jest się ekstremalnym przez kilka godzin, a na Selekcji prawdziwa próba zaczyna się dopiero od trzeciej doby.

Ile lat ma Arkadiusz Kups?

W wywiadzie opublikowanym w marcu 2025 roku mówił, że ma 65 lat. Do szkoły oficerskiej we Wrocławiu trafił jako dwudziestolatek, a z wojska odszedł w 1999 roku w wieku 39 lat. Nadal prowadzi szkolenia i zabezpiecza występy kaskaderskie w telewizji.

Jakie książki napisał major Kups?

W 2016 roku ukazała się książka „Major Kups odsłania kulisy… 56 Kompania Specjalna”, napisana z dziennikarzem Piotrem Bernabiukiem, o jednostce w czasach PRL. W 2019 roku wydawnictwo Bellona wydało „Selekcja. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”, napisaną z Agatą Parafjańczuk, o dwudziestu latach Selekcji. Kups publikował też artykuły w „Komandosie”, „Żołnierzu Polskim” i „Polsce Zbrojnej”.

Źródła

▸ POWIĄZANE_WPISY